No i mamy Laos, 15. kraj na mojej trasie. Niespecjalnie na niego wyczekiwałem, ale za to sporo namieszał w mojej wyprawie. Dużo nie brakowało, a podróż by się zakończyła, ale o tym więcej za chwilę.
Na początku grudnia północ Laosu nie należy do najcieplejszych miejsc. Noce chłodne, temperatura spada nawet do 13 stopni. Z rana natomiast wszystko wilgotne, a wszędzie wokoło unosi się mgła. Taki stan pogody utrzymuje się praktycznie do godziny 13. Teraz dopiero chmury ustępują, wychodzi słońce i robi się ciepło. Po 4 godzinach słońce już zachodzi, a po godzinie 18. mamy chłodne grobowe ciemności.
Na początku grudnia północ Laosu nie należy do najcieplejszych miejsc. Noce chłodne, temperatura spada nawet do 13 stopni. Z rana natomiast wszystko wilgotne, a wszędzie wokoło unosi się mgła. Taki stan pogody utrzymuje się praktycznie do godziny 13. Teraz dopiero chmury ustępują, wychodzi słońce i robi się ciepło. Po 4 godzinach słońce już zachodzi, a po godzinie 18. mamy chłodne grobowe ciemności.
![]() |
| pieczone szczury |
Tajlandia, Kambodża, czy Wietnam zawsze na każdym kroku można było zjeść. W knajpie, albo typowy street food. Praktycznie woziłem ze sobą tylko jedną puszkę na czarną godzinę, a tak, to na bieżąco stołowałem się na ulicy. Natomiast w Laosie, nie jest już tak kolorowo. Czasami trafiają się odcinki po 30-40 km, gdzie nie kupimy nic do jedzenia. Owszem będą wioski, czasami nawet sklepik, ale nie dostaniemy w nim nic, poza soczkami i chipsami.
Po europejskich przygodach z bankomatem napakowanym dolarami, wiedziałem, że nie będzie lekko. Przez to robiłem rozeznanie u napotkanych ludzi. Wiedziałem, że w Kambodży nie ma problemów z dolarami, ale to samo mówili ludzie z Laosem. A, że w Kambodży miałem jeszcze spory zapas gotówki, to postanowiłem wybrać dopiero w polecanym Laosie. I to mnie najbardziej irytuje, jeden powie drugiemu bajeczkę, a ten bez sprawdzenia podaje ją dalej. Tak w Laosie nie ma ani jednego bankomatu, który zawiera obcą walutę. Wszystkie rodzaje banków obskoczyłem i każdy napotkamy bankomat.
![]() |
| laotańskie kipy |
Zmuszony byłem wybrać pieniądze z bankomatu w lokalnych kipach. Za wybranie 2mln kipów (~1000zł), skasowali mnie 120zł. Później dowiedziałem się, że jest tańsza alternatywa. Można iść do banku z paszportem i żądać wypłaty dolarów z konta. Prowizja wynosi 3%, plus opłata naszego banku (u mnie 2,5 $), ale mimo wszystko, jest to tańsze, niż bankomat. Tylko uwaga, nie każdy bank oferuje taką opcję.
Sporo ludzi mówiło mi, że Laos zrobił się bardzo turystyczny i zarazem drogi. Tak, co do tego, to się nie mylili. Za ryż z jajkami trzeba zapłacić bagatela 15zł. Czasami jak wyskoczyli z ceną za owoce bądź posiłki, to naprawdę zatykało mnie, chyba z palmy spadli. A za taką sytuację są odpowiedzialni tylko i wyłącznie turyści. Zazwyczaj w planach mają wypad na 2 tygodnie, bądź miesiąc, aby rozhulać kasę i dobrze się pobawić. Czy zapłacą za obiad 5zł, czy 20zł jest im to rybka. Zwłaszcza mowa o zachodnich turystach z siwizną na głowie. Lokalni natomiast to wyłapują, że zjeżdża się masa frajerów, na których można nieźle zarobić i piłują ceny w górę. Przykładowo dla włóczęg takich jak ja, którzy podróżują długi czas, jest istotne, czy mam zapłacić 5 czy 10zł. Załóżmy, że na roczną wyprawę, wszystkie koszty mam zaplanowane 35 tys. zł. Wystarczy, że każdy z 3 dziennych posiłków będzie droższy jedynie o 1zł. Codziennie daje nam 3zł, miesięcznie 90zł, a przez całą wyprawę już 1080zł. Czyli całkiem sporo, a tu mowa tylko o jedzeniu, droższym o 1zł. A gdzie cała reszta.
„Ale przecież jak nie podróżujesz, to też musisz jeść, kupować kosmetyki, ubrania itp. itd.”
Zgadzam się, ale jak nie podróżuję, to pracuję, a wtedy zarabiam. Natomiast wyprawę opłacam z oszczędności i nie napływają mi żadne nowe środki podczas jej trwania. Dlatego, zawsze irytuje mnie, jak lokalny sprzedawca rzuca mi cenę 200% wyższą od normalnej. Zazwyczaj jestem już rozeznany w cenach, czasami podłapałem kilka słówek lokalnego języka i wiem co jest grane. Nie jestem typowym turystą.
Pewnej nocki rozłożyłem się nad rzeką. I jedno przyznam, rzeki w Laosie się naprawdę czyściutkie, nie jak „cappuccino” w pozostałych krajach. Rozbiłem namiot obok stojącego roweru, ale do rana nikt się po niego nie zjawił. Spojrzałem na pedała z roweru obok, oraz na moje połamane wietnamskie ogryzki… szybka akcja. Płaska piętnastka w rękę i odkręcanie. W promieniu setek kilometrów nie było sklepu rowerowego, więc tonący brzytwy się chwyta.
Północ Laosu, to ciągłe podjazdy i zjazdy w kółko cały dzień. Mieszka tu o wiele mniej ludzi jak w innych krajach SE Azji, dzięki czemu można zaznać trochę ciszy, spokoju i dzikiej natury, której po dzikim północnym Wietnamie trochę mi brakowało. Ale nie byłem w pełni uradowany. Czegoś mi tam brakowało, nie wiem, co to było dokładnie, ale przez to cały ten Laos wydawał się taki mdły i nudny, że szło zasnąć za kierownicą. I to dosłownie.
Laos wyobrażałem sobie, jako biedny kraj, z mniejszą ilością mieszkańców. Po części tak było, ale czy biedny, tego na pewno bym nie powiedział.
![]() |
| szerszenie zalane alkoholem |
Dojechałem do Oudomoxay, pierwsze, co pognałem na targ, aby kupić moje ukochane owoce i po raz kolejny poczułem się jakbym dostał z gołego pośladka w pysk. Wszystko cholernie drogie. Przykładowo za owoce logan średnio płaciłem 4zł za 1kg. Tutaj natomiast chcieli 15zł, czyli 3x tyle. Każdy inny owoc także był dużo droższy. Mało tego, ceny były wyższe jak w polskim markecie, z tym, że te owoce rosną tu wszędzie, a u nas ciągną je z drugiego końca Europy.
![]() |
| pęknięta linka przedniej przerzutki |
![]() |
| wodospad nieopodal Oudomoxay |
W Laosie drogi są nie najlepsze, nawet przyznam, że najgorsze, jakie w życiu widziałem. Teraz wiem, dlaczego wszyscy mają wozy terenowe. Na ogół jest jedna główna droga, nie za szeroka. Więc szybko też się nie da autem jeździć po Laosie. Kilometry ciągną się godzinami.
![]() |
| "Bałagan" prosto z polski |
![]() |
| czekolada na wagę złota |
Pewnego dnia postanowiłem, że dziś obejdzie się bez wczesnej pobudki. Namiot rozbiłem w krzakach nieopodal drogi, wiec nikt mnie nie widzi. Leżę, słucham muzy i wcinam resztę moich owoców, aż tu nagle słyszę wołanie:
-Damian, Damian!!!
W pierwszym momencie myślałem, że się przesłyszałem, ale znowu to samo. Wyszedłem z namiotu i co widzę, para Polaków na rowerach. Z wyprawą wystartowałem trochę później jak oni, a nasze trasy prawie, że się pokrywały. Z miejsca pojawił się uśmiech na mojej twarzy. Pewnie zastanawiacie się jak oni mnie znaleźli? Oczywiście dzięki lokalizatorowi GSP. Znali mniej więcej moją pozycję, reszta to tylko łut szczęścia i mocnych gardeł.
![]() |
| Jak się bawić, to się bawić. Drzwi wyjebać, okno wstawić :D |
![]() |
| Xperia Z3 Compact przeleżała ponad 12h w wodzie i dalej działała bez problemu! |
Postanowiliśmy, że dzisiejszy dzień bez dłuższego pedałowania. Kupujemy prowiant, szukamy miejscówki i się rozbijamy. Iii... na tym zakończę. Obiecałem, że nie będę wdawał się w szczegóły. Zresztą nikt nie jest w stanie poskładać wszystkich elementów układanki w całość. Było super, ale za to z rana katastrofa. Miałem skręconą prawą kostkę i wybity paluch w lewej stopie. Chodzenie było niemożliwe. Próbowałem jazdy rowerem, ale skończyło się tak samo. Jedynym wyjściem było znaleźć mi hostel i położyć do łóżka na dwa tygodnie.
Plan był taki, złapać stopa dla całej naszej trójki z trzema rowerami, brzmi niemożliwie? Praktycznie tak było, udało się zatrzymać pickup z chińczykami. Miejsce było tylko dla mnie, więc rower na pakę i pognaliśmy do Luang Prabang.
![]() |
| samiczka, która zwolniła dla mnie cały taras ;) |
![]() |
| bierzesz miskę i nakładasz co chcesz |

Tam znalazłem guesthouse i zacząłem kurację. 7 dni spędziłem w Luang Prabang, większość leżąc w łóżku. Od razu chciałbym podziękować wszystkim poznanym tam osobom, za pomoc i opiekę nad kaleką. Codziennie przynosili mi jedzenie i pomagali ze wszystkim. Poznałem tam naprawdę świetnych ludzi. Między innymi także Hollendra Mitchella, który także podróżował na rowerku.
![]() |
| Luang Prabang |
![]() |
| pożegnanie z rodakami i w drogę |
Co do samego miasta i okolic za bardzo wypowiedzieć się nie mogę. Ale same miasteczko nie było złe. Codziennie na głównej ulicy odbywał się nocny bazar, na którym można było kupić najróżniejsze rzecz, sporo ręcznie robionych i wcale nie drogich. Po 7 dniach byczenia się, zaczęło mi już odbijać na głowę. Nogom jeszcze daleko było do pełnego zdrowia, ale przygoda wzywa. Z Mitchellem postanowiliśmy, że dalej jedziemy razem. Ja nie będę pędzić za szybko i także chcę wypróbować moje nogi, to wyruszę dzień przed nim.
![]() |
| papaja |
![]() |
| przekąska podczas drogi, trzcina cukrowa |
Pierwszego dnia przejechałem 51km. Nie było łatwo, nogi ciągle dawały o sobie znać, suport ledwo się kręcił i co najgorsze bez muzyki. Ponieważ po libacji, moje słuchawki teraz płyną z nurtem rzeki Mekong. Około godziny 17 zakończyłem jazdę. Byłem tak padnięty, że od razu zasnąłem i obudziłem się o 23. Wydawałoby się, że po długim odpoczynku będzie dużo sił, a jest całkiem odwrotnie. Co za dużo, to nie zdrowo.
C.d.n.
C.d.n.

























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz