niedziela, 21 lutego 2016

#87 Laos cz. 2

autostopem na sam szczyt
Następnego dnia Mitchell miał mnie dogonić i kontynuować jazdę razem. Ale ta cześć Laosu była tak monotonna, że chyba przysnąłem podczas pedałowania. Pojechałem 20km w złym kierunku...
Aż tyle, ponieważ 10km z tego, to diabelskie góry. Jak się kapnąłem, że zajechałem w złą stronę, to mało nie eksplodowałem. Od razu ból w nogach odszedł w zapomnienie i cisnąłem ile wejdzie w drodze powrotnej. Jak się zaczął podjazd z nachyleniem 12%, to po kilkuset metrach spasowałem. Jednak za wiele jak na moje chore przeszczepy. Ale akurat przejeżdżał mini traktorek z przyczepką, bez problemu kierowca mnie zabrał na pokład i razem kontynuowaliśmy wspinaczkę na górę. 

pusta chatka, idealna na nocleg

Kolejnym skutkiem pomylenia dróg było to, iż nie mogłem kontynuować jazdy główną droga, lecz poboczną. Normalnie byłbym zadowolony, mniejszy ruch, więcej dziczy i spokoju. Tak się składa, że były tam same góry z nachyleniami 10-12%, oraz przeorany asfalt. Wieczorem zacząłem się rozglądać za noclegiem i trafiłem na kapitalne chatki bambusowe. Drzwi były zamknięte na zawinięty drut, ale mój victorinox poradził sobie z nim w mgnieniu oka. Nocleg jest, o jedzeniu mogę zapomnieć, nikt nie mieszka w okolicy, więc na kolację wafelki. Teraz woda, ona to musi być. Na szczęście przejeżdżała ciężarówka. Z bidonem w ręce machałem, aby się zatrzymała i poprosiłem o wodę. Podarowali mi 0,5L butelkę wody. Wszystko jest, można iść rozpalić palenisko i odpocząć.


szczyty gór zalane chmurami
Azjaci mają to do siebie, że na zdjęciach zawsze muszą wyglądać jakby znali kogoś całe życie
rower na pace i gnamy przez góry 1900m n.p.m.
Z rana od razu polowałem na stopa, aby przejechać bezludne góry. Długo nie musiałem czekać, po 5min siedziałem już w toyocie hillux. Podjazdy dosłownie nie miały końca 1900m n.p.m., ale za to po drodze mieliśmy kapitalny widok, morze chmur z szczytami gór, bajka. Podwózkę miałem aż do miejscowości Kasi, 50km. Liczyłem, że tutaj spotkam Mitchella, ale zamiast niego trafiłem na parę z Hiszpanii. Także jechali do Vang Vieng, wiec razem pognaliśmy. Narzucali mi tępa, bo nie miałem za grosz motywacji do jazdy. 

Vang Vieng

z Hiszpanami


jaskinia Lusi
wszystko błyszczało się w środku



Jesteśmy w Vang Vieng, kapitalna miejscowość. Mała, ale bardzo klimatyczna, dzięki rzece, która ją przecina. A była ona wyjątkowo czysta i nie za głęboka, więc można było się w niej kąpać. Z Hiszpanami stwierdziliśmy, że pojedziemy zwiedzić jaskinię Lusi. W okolicy było aż 7 jaskiń. Ale ta jedna była naprawdę ekstra, duża, długa i nieco odbiegała od poprzednich schematycznych jaskiń. Gdy skończyliśmy ją zwiedzać, było już ciemno. Przewodnik pojechał, a my rozbiliśmy obóz w dżungli, tuż przy jaskini. 

cała banda ponownie razem





knajpa z maratonem serialu "Przyjaciele"
Świat jest naprawdę mały, kolejnego dnia na przy rzece trafiłem kolejny raz na Teresę, na ulicy spotkałem Mitchella, a później jeszcze reszta ekipy z Luang Prabang. Czasami w rodzinnym Świebodzinie był problem kogoś znaleźć, a tutaj bez problemu wpadam na znajomych. Spędziłem tam 3 dni i szkoda, że tak mało.

bagażnik do wymiany
wersja ekstra light
Poszukiwania sklepu rowerowego zakończyły się z marnym skutkiem. Dalej musiałem jechać z połamanymi pedałami i rozwalonym suportem. Nic się nie poradzi, trzeba jechać. Z Mitchellem kierowaliśmy się na stolicę Wientian, po 30km basta. Suportu już praktycznie nie miałem, podczas kręcenia pedałami przednie zębatki zataczały takie ósemki, że ciągle biegi mi się zmieniały. Nie ma sensu, tylko jeszcze kolejne podzespoły zniszczę. Do stolicy zostało 120km. Ponad 2h łapaliśmy stopa, aż w końcu się udało, ba kierowca jechał prosto do stolicy.

support po 13.000km
pierwszy serwis poległ...
natomiast francuz dał radę po 3h
Dojechaliśmy, najpierw sprawa pierwszorzędna, nie, to nie jest rower. Priorytetem była ambasada Tajlandii. Musieliśmy wyrobić wizy, ale o tym będzie w osobnym poście. Znalazłem sklep rowerowy, pracownik zabrał się za mój rower, ale po 2h spasował. Wszystko było tak zapieczone i skorodowane, że nie dał rady wyciągnąć wszystkiego. Kolejnego dnia znalazłem następny sklep, prowadził go francuz, który się zachwalał, że jest najlepszy w całej okolicy. Walczył 3h z rowerem, ale zrobił i było widać, że to stara szkoła, znał się na rzeczy. Tak, więc rower został uzbrojony w nowy suport, pedały, pancerz linki napinacza, oraz wycentrowane tylne koło. Z częściami zapłaciłem łącznie 150zł, więc obie strony były zadowolone. Do wymiany pozostał tylko bagażnik, ale tutaj nie dostanę nic dobrego za godną cenę.

biwakowanie w stolicy
flaszka z Hollendrem Mitchellem

Stolica Laosu, to jedna wielka nuda, nic ciekawego. Tylko pozałatwialiśmy sprawy w 2 dni i od razu ulotniliśmy się stamtąd. Kierowaliśmy się prosto do granicy z Tajlandią. Miałem przejechać cały Laos, ale przez kontuzję nóg wszystko się porypało i nie starczyłoby czasu z mojej wizy. Ale zanim jeszcze opuściliśmy Laos, odwiedziliśmy ciekawą miejscówkę, budda park. Jest to placyk z wieloma posągami buddyzmu. Wejściówka tylko 5k kip, a atrakcja ciekawa.



































I tak zakończyła się moja przygoda w Laosie. Zauważyłem, że im więcej planuję, to tym mniej wychodzi. Więc lepiej po prostu jechać i czekać, co los przyniesie. Jak bym ocenił Laos, po moim niezbyt efektywnym zwiedzaniu. Nie było tragedii, ale beż żadnego łał. Na duży plus zasługuje to, że jest tu naprawdę cicho i mieszka bardzo mało ludzi jak na tak duży kraj. Więcej dzikiej natury. Zauważyłem też jedną zależność, im dalej na południe tym bardziej mi się podobało. Północ za bardzo zepsuta przez turystykę. Więc gdybym zagłębił się bardziej na południe, to może zakochał bym się tak jak w południowym Wietnamie.



Łącznie przejechane 760km, z czego rowerem 540km.

1 komentarz:

  1. Siemka ... milo bylo poznac.

    Pozdrowienia z Singapuru i powodzenia w dalszej wyprawie.

    OdpowiedzUsuń