Tak się złożyło, że akurat w tym samym czasie jak byłem w KL odbywał się słynny festiwal religijny Thaipusam. Ciężko opisać słowami, co tam się działo. Pierwszą godzinę chodziłem z otwartą koparą, bo nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Tutaj przeżyłem najprawdziwszy szok kulturowy. Aby przybliżyć Wam, o co tam chodziło, posłużę się innym blogiem. Pod tym linkiem mamy wszystko pięknie opisane.
W międzyczasie przeniosłem się do kolejnego couchsurfera, słynny AJ, który hostował setki ludzi. Codziennie pełna chata ludziówi z najróżniejszych zakątków świata. Codziennie siadaliśmy przy flaszkach i każdy opowiadał historie ze swoich podróży. Tam właśnie poznałem Emanuela z Włoch. Jednego wieczoru usłyszał moje historie i z dnia na dzień postanowił, że kupuje rower i jedzie ze mną do Singapuru, 700km. Na początku odebrałem to, jako pijacką gadkę, ale tym razem było inaczej. Dwa dni później zakupiliśmy używany rower od policjanta za 250zł i mogliśmy ruszać w trasę.
Mała ciekawostka. Jak w Malezji udamy się do fryzjera, po usłudze zawsze zrobią nam krótki masaż ramion. Ba, mało tego. Przekręci nasz kark w lewo i prawo, dzięki temu usłyszymy jak wszystkie kręgi strzelają po kolei. Na koniec jeszcze chłodna szmatka na twarz. Dla porównania w Wietnamie w usługę fryzjera, było także wliczone usuwanie woskowiny z uszu.
3 dni pojeździliśmy rowerkami po KL, więc lekką rozgrzewkę Emanuel już miał. Ale jak postanowiliśmy opuścić KL i udać się na wschód do Quantan, to pierwszego dnia trafiliśmy na góry. Na Emanueala szczęście wspięliśmy się tylko kawałek, bo zaraz zajechaliśmy do artystycznej wioski. Wyglądałem nieco odbiegała od normalnej, trochę malowideł na ścianach i spora wiata po środku, tyle by było. Trochę pogadaliśmy z mieszkańcami i postanowiliśmy, że zostaniemy tutaj na noc, ponieważ zbierało się na burzę. Mieszkańcy z początku bardzo gościnni, ale co, do czego doszło, to wieczorem prosili się o pieniądze za jedzenie, którego jeszcze wcale nie zjedliśmy. Z miejsca zaprotestowaliśmy, że za nic płacić nie będziemy, a jak głód dopadnie, to zawsze mamy jakieś konserwy. Trochę mina zrzedła lokalnym, że nie trafili na frajerów. Potem chyba nawet sumienie ich ugryzło i sami kupili trochę streetfooda i po piwie. Siedliśmy przy świecach, bo burza pourywała linie i trochę pogawędziliśmy.
![]() |
| na deser świeży ananas |
![]() |
| kawiarnia |
![]() |
| wezwijcie karetkę |
Następnego dnia powrót do wspinaczki. Łącznie 10km wspinaliśmy się na wysokość 633m n.p.m. Dla Emanuela, jako początkującego, był to mega wysiłek, zresztą wystarczy spojrzeć na fotkę. Pod koniec już myślałem, że karetka będzie potrzebna. Teraz zaczęła się autostrada, 220km ciągnącej się nudy, aż na drugą stronę Malezji. Plus tego, że łatwiej i szybciej się jedzie, a minus oczywisty, flaki z olejem. Przez 3 dni nie było nic ciekawego. Spaliśmy na parkingach dla tirów i pedałowaliśmy przez autostrady i drogi ekspresowe. Tutaj też złapałem 16. flaka, a kilka km dalej Emanuel złapał swojego pierwszego, ba w deszczu. Chrzest przeszedł, ale już pierwsze fochy się ukazywały. Niestety podróżowanie rowerem, to nie jest wieczna sielanka. Czasami dosłownie w jednym momencie potrafi się zgrać wszystko, co najgorsze: zmęczenie, ulewa, głód, kapeć w kole, a co za tym idzie, także i nerwy.
















































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz