Tym razem przy akompaniamencie Emanuela z Włoch dotarłem do Singapuru. Jedno z najmniejszych państw świata, jedno miasto. W głównej mierze zamieszkują je Chińczycy, ale nie brakuje tu także miksu kulturowego. Singapur słynie z bezpieczeństwa, wysokich zarobków, małych podatków i ponoć braku bezrobocia. Ale czy to faktycznie taki raj na ziemi???
Granicę przekroczyliśmy bez problemu, podążaliśmy za skuterami. Były znaki zakazu dla rowerów, ale nikt nie robił problemu. Każdy samochód i skuter był przeszukiwany, ze względu na surowe prawo. Za wwóz narkotyków grozi kara śmierci, która jest nadal praktykowana. Nas rowerowych podróżników oczywiście nie sprawdzali, nigdy tego nie robili na granicach.
Od granicy do miasta musieliśmy przejechać dobre kilkadziesiąt kilometrów. Udaliśmy się prosto do kolejnego couchsurfera Eugenie. Z tą miejscówką mieliśmy o tyle dobrze, ponieważ Eugenie pracował całe dnie, więc po prostu zostawił nam klucze od domu i mogliśmy się szykować do dalszych wojaży. Singapur jest dla nas praktycznie tylko miejscem przerzutowym, następnie każdy rusza w swoją drogę. Emanuel Australia, ja Filipiny. Pierwotny plan miałem taki, aby dotrzeć na filipiny statkiem, następnie wyspa Borneo i dalej ponownie statkiem. Ale po rozeznaniu, szybko odpuściłem sobie ten pomysł, wyszłoby stanowczo za drogo i zbyt problemowo. Co najgorsze nikt nie był w stanie mnie zapewnić, że z Borneo znajdę w ogóle jakiś statek, który kierowałby się na Filipiny. Plan A skreślony, przechodzimy do planu B. Lot samolotem. Po kolejnym rozeznaniu wyszło, że najtańsze są linie TigerAir. Ale mieli awarię strony, więc musiałem się udać do agencji i tam zakupić bilet, oczywiście już po wyższej cenie.
Ale powróćmy do Singapuru. Spędziłem w nim zaledwie 5 dni, głównie ze względu na koszt, jaki za sobą niesie. Bardzo drogo. Z couchsurfingiem, też nie jest najłatwiej. Kolejna sprawa, to istna betonowa dżungla, która nie jest przyjazna dla rowerzystów. Jadąc ulicą pomiędzy wielkimi wieżowcami, poczułem się jak mała mrówka. Także obowiązuje tutaj bardzo dużo zakazów, nakazów i za wszystko można dostać mandat. Nawet miejscowi nazywają Singapur „fine city”, co można przetłumaczyć, jako miasto mandatów.
![]() |
| codziennie o godzinie 20 można zobaczyć pokaz laserów |
![]() |
| oczywiście przygoda z policją obowiązkowa, zatrzymali nas za jazdę po drodze ekspresowej i wezwali lawetę |
Jednym z dziwactw tego kraju jest kompletny zakaz żucia gum. Tak, za to można zgarnąć nawet 500 dolarów singapurskich mandatu, co na nasze będzie 1500zł. W żadnym sklepie nie kupimy gum. Także nie można pić ani jeść w środkach komunikacji miejskiej. Za spożycie wody w metrze można przytulić mandat rzędu 1000 dolarów.
Następnie przeniosłem się z Emanuelem do pary couchsurferów, małżeństwo z małą córeczką. Opowiedzieli nam historię jak wyglądał poród w Singapurze. Gdy kobieta wyczuła, że nadchodzi ten moment, pojechali do szpitala. Ale, że zjawili się tam nieco wcześniej, więc umowa z ubezpieczalnią nie pokrywała tej daty. Tak, za wszystko trzeba płacić. Zanim zajęli się kobietą, jej mąż najpierw musiał ukazać kartę kredytową, którą oczywiście sprawdzili, ściągnęli 30 tys. dolarów i dopiero wzięli kobietę na oddział. Tak wygląda służba zdrowia w Singapurze. Co gorsza, zawsze przed przyjęciem pacjenta, dają do podpisu dokument, który w skrócie mówi o tym, że jak coś się stanie, winy nie ponosi szpital, ani doktor. Dosłownie umywają ręce od wszystkiego. Cała debata z parą małżonków na temat singapurskiej służby zdrowia trawa dość długo i nie wygląda wcale kolorowo. Są to informacje tylko z jednego źródła, więc nie będę ciągnął tematu i siał propagandy.
![]() |
| ostatnia wspólna fotka |
Tak jak wspomniałem spędziłem tutaj jedynie 5 dni, więc nie za wiele. Ale po tych 5 dniach raczej mogę stwierdzić, że to nie jest kraj dla mnie. Może i czysto, bezpiecznie och ach… Ale jak dla mnie za dużo reguł, nakazów, zakazów, wszędzie kamery, które rejestrują każdy krok. Osobiście czułem się w tym kraju jak w więzieniu i na każdym kroku oglądałem się czy czasem czegoś nie zrobię źle, aby zaraz nie zgarnąć mandatu. Bardziej odpowiada mi typowo azjatycki miszmasz np. jak w Tajlandii, czy Wietnamie.
Tutaj także zakończyła się przygoda z moim kompanem Emanuelem z Włoch. Tego samego dnia mieliśmy samoloty, lecz w różnych kierunkach. Trzeba przyznać, ze nietuzinkowy z niego gość i będzie co wspominać.
Przejechane 179km w 10h.
Za długo tutaj nie zagrzałem miejsca, więc ponownie zapraszam do bloga znajomych, którzy pocykali wspaniałe fotki z Singapuru.




































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz