Dojechaliśmy do Quantan. Tutaj także skorzystaliśmy z couchsurfingu. Gościliśmy u Zarula.
Pokazał nam swoje miasto i trochę okolic. Zostaliśmy na 2 dni, aby Emanuel się zregenerował, zaczęły się już protesty, co do jazdy. W międzyczasie podczas rozmowy z Zarulem, wyszło, że za kilka dni jest chiński nowy rok, który ponoć warto świętować w mieście Malaka. Tak, tylko, że Malaka była po drugiej stronie wyspy skąd przyjechaliśmy, a na rowerkach nie mieliśmy zamiaru wracać. Ale na nasze szczęście Zarul na długi weekend jechał do swojego rodzinnego miasta, które jest kilkadziesiąt km od Malaki. Spakowaliśmy się w plecaki i pognaliśmy autem z Zarulem.
Pokazał nam swoje miasto i trochę okolic. Zostaliśmy na 2 dni, aby Emanuel się zregenerował, zaczęły się już protesty, co do jazdy. W międzyczasie podczas rozmowy z Zarulem, wyszło, że za kilka dni jest chiński nowy rok, który ponoć warto świętować w mieście Malaka. Tak, tylko, że Malaka była po drugiej stronie wyspy skąd przyjechaliśmy, a na rowerkach nie mieliśmy zamiaru wracać. Ale na nasze szczęście Zarul na długi weekend jechał do swojego rodzinnego miasta, które jest kilkadziesiąt km od Malaki. Spakowaliśmy się w plecaki i pognaliśmy autem z Zarulem.
Podwiózł nas w wyznaczone miejsce, a stąd wzięliśmy już autobus. 50km za 3 ringgit. Zakwaterowaliśmy się w dormie. Nowy rok dopiero za 2 dni, więc mamy czas zapoznać się z okolicą, a na nasze nieszczęście leje jak z cebra całymi dniami. Ogólnie trochę nudą wiało w tym mieście. Ale następnego dnia zmieniliśmy dorm na inny i tam poznaliśmy parę podróżników z Francji.
I tutaj mały tip. Na pierwszy rzut oka, alkohol w Malezji wydaje się bardzo drogi, zwłaszcza jak wejdziemy do sieci sklepów 7 eleven i zobaczymy piwa po 10zł i więcej. I tu mała rada, praktycznie w każdym mieście i miasteczku można znaleźć sklepik, który oferuje tylko alkohole, zazwyczaj więcej procentowe. A ceny są bardzo niskie. Przykładowo za whisky 0.7L zapłacimy 20zł.
Tak, więc z parą z Francji obkupiliśmy się w alko i ruszyliśmy na miasto. Co najśmieszniejsze, po mieście krążą 2 różne daty chińskiego nowego roku. Ciężko było zdobyć konkretną. Poznaliśmy też jedną Chinkę. Trochę nam opowiedziała o zwyczajach i jeden był dość ciekawy. A nazywa się ampał (nie wiem jak to się dokładnie pisze, ale tak brzmi).
Single udają się do par małżeńskich i proszą o ampał. Czyli nic innego jak kopertę z pieniędzmi. Kiedyś ten zwyczaj był bardzo dobrze praktykowany, a teraz ogranicza się jedynie do najbliższej rodziny, bądź znajomych.
Następnego wieczoru, czyli z 07.02 na 08.02 odbyła się chińska noc sylwestrowa. Czekaliśmy na wielkie WOW, a… zresztą pomału. Malaka słynie z tego, że jest miasteczkiem kulturowym, zamieszkałym w większości przez chińczyków. Więc Chińczycy, masa turystów, chiński nowy rok… pewnie będzie biba. O godzinie 24 wystrzelili kilka słabych fajerwerk, a na scenie było karaoke oraz występ klauna dla dzieciaków. Godzina 1 w nocy ludzie zawijali się do domu. Tak się bawią chińskie ludy, ale nie my. Zrobiliśmy własną imprezę, która mieściła się wszędzie, tourne po mieście, a nad ranem dopiero zawitaliśmy do dormu.
Czas się zawijać z tej „imprezowej” Malaki. Nasz kierowca Zarul wracał z rodzinką, więc musieliśmy sami zadbać o powrót do Quantan, po drugiej stronie Malezji. Łapiemy stopa! Znaleźliśmy kawał kartonu, Emanuel napisał wielkimi literami nasze miejsce docelowe. Idąc przez miasto, na wylotówkę, zaczepił nas jeden koleś. Powiedział, że łatwiej będzie nam najpierw dojechać do Kuala Lumpur, a następnie tam złapać stopa do Quantan. A tak się składa, że akurat on się tam wybiera i możemy się zabrać z nim. Długo się nie zastanawiając gnaliśmy we trójkę przez autostradę w kierunku KL. Po drodze jeszcze zgarnęliśmy Rosjankę, która z przerwami podróżuje już 3 lata, bardzo sympatyczna babeczka. Nasz kierowca był na tyle uczynny, że wysadził nas na dużym zajeździe z Mc Donald’s, dodając, że tutaj nie będziemy mieć problemu ze złapaniem stopa.
Staliśmy tam dobre 1,5h, zaczynało się już ściemniać, aż tu nagle zatrzymało się luksusowe auto. Było w nim dwóch kolesi, którzy razem pracują i także dojeżdżają do KL. Z uśmiechem na ustach zabrali nas, a po drodze jeszcze zafundowali nam obiad. Bardzo pozytywni ludzie. Wróciliśmy do Quantan po nasze rowerki, jutro czas pedałować dalej w kierunku Singapuru.
Staliśmy tam dobre 1,5h, zaczynało się już ściemniać, aż tu nagle zatrzymało się luksusowe auto. Było w nim dwóch kolesi, którzy razem pracują i także dojeżdżają do KL. Z uśmiechem na ustach zabrali nas, a po drodze jeszcze zafundowali nam obiad. Bardzo pozytywni ludzie. Wróciliśmy do Quantan po nasze rowerki, jutro czas pedałować dalej w kierunku Singapuru.
Dojechaliśmy do miasta Mersing. Tutaj mogliśmy złapać prom na oddaloną o 50km wyspę Tioman. Bardzo popularna i ponoć piękna. Jako, że dojechaliśmy do miasta wieczorem, trzeba było ogarnąć nocleg. Z CS lipa, więc robimy tak jak każdej nocy w Kambodży, idziemy na komisariat policyjny. Przedstawiliśmy nasza sytuację i okazało się, że jeden z policjantów zaoferował nam nocleg w swoim domu. Mieszkał aktualnie sam w małym policyjnym miasteczku oddalonym o 5km. Rowery zostawiliśmy na posterunku, a z bagażami zawiózł nas do swojego domu. Mieliśmy okazję się ogarnąć i przygotować na jutrzejszy prom na wyspę Tioman.
Dopłynęliśmy, wyspa przepiękna. Czyściutka woda, dzikie tereny i zero ludzi. Aktualnie jest okres monsunów, więc zero turystów. Dzięki temu mieliśmy całe plaże wolne. Dosłownie bezludna wyspa jak z filmów.
Spotkaliśmy lokalnego taksi, oczywiście nie na 4 kółkach, a w łodzi. Trochę nam poopowiadał, jak się tu żyje, oraz pokazał jak można się najeść za darmo. Dokładnie sztukę łapania krabów i zakładanie blokady na szczypce, aby nie ucięły palców.
Jednego wieczoru postanowiliśmy zrobić grilla. Jako, ze go nie mieliśmy, a wszystkie kamienie, to piaskowce, więc pieczenie na nich także odpada. Ale Emanuel zaczął chodzić wokoło i znalazł siatkę, zaraz ją opaliliśmy w ogniu, małe rusztowanie i włala, grill pierwsza klasa. Po 1kg kurczaka na głowę.
Starczy leniuchowania, Emanuel ma 24 lutego samolot do Australii, więc czas opuścić rajską wyspę i kontynuować naszą tułaczkę do Singapuru. Dojechaliśmy do dużego i zarazem ostatniego malezyjskiego miasta, Bohor Jahor. Tutaj także użyliśmy couchsurfingu. Gościł nas jeden z kilkunastu mechaników harleya Davidsona, którzy pracują w Malezji. Bardzo pozytywna rodzinka. Wieczorem zasiadaliśmy do stołu kosztując lokalnej kuchni małżonki, oraz odbieraliśmy naukę jedzenia gołymi rękoma, co jest bardzo popularne w Malezji. Parę dni temu mój licznik rowerowy kompletnie ogłupiał, nie nadawał się już do użytku, ale tak się złożyło, że couchsurfer miał jeden jeszcze zapakowany na zbyciu. Podarował mi i do dziś spisuje się wyśmienicie.
![]() |
| prezent od couchsurferowej roddzinki |
Tak oto zakończyła się moja, oraz mojego kompana Emanuela przygoda w Malezji. Singapur jest już rzut beretem. Jakby ktoś zapytał się mnie o ocenę Malezji, to naprawdę ciężko było by mi sklasyfikować ten kraj. Ogólnie nic tam nie ma ciekawego, brud, smród, wszędzie ciągnące się zamulone plaże. Jeżeli chcemy zaznać pięknej egzotyki, to tylko wycieczka na wyspy, przy stałym kontynencie nie znajdziemy nic ciekawego. Oraz ludzie, niby przyjacielscy, ale jak ze słów przechodzimy do praktyki, to nie można na nich polegać (oczywiście nie wszyscy).
Czasami także mieliśmy bardzo duży problem z dogadaniem się z miejscowymi i nie chodzi o język. Po prostu blokada umysłowa nie pozwalała im na rozwiązanie prostego problemu, z którego robili wielkie hallo. Ale jak się głębiej zastanowię, to ten miks zgotowany przez 3 kultury daje naprawdę świetną kombinację. Zwłaszcza polecam stolicę, Kuala Lumpur. Kapitalnie, przepiękne miasto. Architektura dosłownie powala na kolana. Tego kraju na pewno nie umieściłbym na liście musisz zobaczyć. Znajdowałby się raczej na dolnych pozycjach, ale mimo wszystko cieszę się, że przeżyłem miesięczną przygodę w tym zakątku świata.
Czasami także mieliśmy bardzo duży problem z dogadaniem się z miejscowymi i nie chodzi o język. Po prostu blokada umysłowa nie pozwalała im na rozwiązanie prostego problemu, z którego robili wielkie hallo. Ale jak się głębiej zastanowię, to ten miks zgotowany przez 3 kultury daje naprawdę świetną kombinację. Zwłaszcza polecam stolicę, Kuala Lumpur. Kapitalnie, przepiękne miasto. Architektura dosłownie powala na kolana. Tego kraju na pewno nie umieściłbym na liście musisz zobaczyć. Znajdowałby się raczej na dolnych pozycjach, ale mimo wszystko cieszę się, że przeżyłem miesięczną przygodę w tym zakątku świata.
W Malezji łącznie przebyłem 2270km, w tym:
-na rowerze 1500km w 89h
-100km promem
-280km podwózka z couchsurferem
-390km autostopem
Zapraszam na bloga znajomych, którzy także byli w Malezji. I mają kapitalne fotki :)
Zapraszam na bloga znajomych, którzy także byli w Malezji. I mają kapitalne fotki :)
Poniżej reszta fotek z Malezji :)



































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz