Przed wjazdem do Malezji nie za wiele wiedziałem o tym kraju, praktycznie tylko tyle, że istniał. Początkowo nawet nie miałem go w planach, wyszło w trakcie, na spontanie. Zazwyczaj jak pomyślałem sobie o Malezji, to przed oczyma miałem piękne plaże i krystaliczną wodę. Ale czy faktycznie tak tam było?
Południe Tajlandii było oblegane poprzez islam, to już można było się domyślić, jaka religia będzie dominująca w Malezji. Ale takiego zwrotu akcji, nie spodziewałem się. Malezja jest zamieszkana przez 3 nacje: Malezyjczycy, Hindusi oraz Chińczycy. Dzięki temu mamy możliwość poznać 3 różnych kultur, kuchni oraz architektury zmiksowanej na maxa.
Przekroczyłem granicę bezproblemowo. Paszport, skan odcisków palców i witamy w Malezji. I to jest to, co lubię najbardziej, przekraczamy granicę, emocje przed nowym krajem. Całe otoczenie się zmienia, kultura, ludzie, auta… inny świat. Emocjonalnie poczułem się trochę rozchwiany, nie wiem jak dokładnie opisać ten stan, ale to chyba stan przed nieznanym. Tuż za granicą zaczął się podjazd na wysokość 320m n.p.m. Bez żadnego zająknięcia pokonałem i musiałem się już zacząć zastanawiać, gdzie spędzę swój pierwszy nocleg w Malezji. Na mapie zobaczyłem jezioro, tak, tam dzisiaj będę nocował. Jeszcze w Tajlandii kupiłem torbę owoców, więc kolacja jest, jedynie potrzeba mi wody. Nie miałem lokalnej waluty, to uderzyłem do mieszkańców. Pierwszy z brzegu i szok, perfekcyjny angielski. Pogadaliśmy i bez problemu zatankowałem butle z wodą. Ruszyłem w kierunku jeziora, aby rozbić nockę.
Ładna polanka z górami na horyzoncie, rozpaliłem ognisko dla klimatu i rozłożyłem się na zewnątrz. Uczta z pysznych owoców, ognisko, muzyczka i na dodatek w oddali, nad górami szalała burza, której błyskawice raz za razem rozświetlały niebo. Piękna nocka.
Z rana wziąłem kąpiel w rzece i ruszyłem do miasta wymienić dolary i zjeść pierwszy malezyjski posiłek. Ale nie ma tak łatwo, znalazłem kilka banków, ale w każdym mówili mi to samo:
„Nie możemy wymienić dolarów, musi się pan udać do kantoru, który jest w następnym mieście. Za 15km. „
Uśmiech na pewno nie pojawił mi się na twarzy, od rana już przejechałem prawie 30km bez śniadania, a tu się okazało, że jeszcze kolejne 15km. Nie ma, co się wkurzać, czas jechać. Następne miasto Kuala Perlis, kasa wymieniona. Czas się udać na posiłek. I od razu zostałem pozytywnie zaskoczony, jedzenie wyśmienite, duży wybór i tanie.
Pierwszy prawdziwy dzień jazdy po Malezji iii… wieje strasznie nudą. Wszędzie naokoło pola ryżowe, a cała linia brzegowa jest dosłownie czarna. Winą tego problemu jest podłoże, które tu mają, a na pewno nie jest to biały piaseczek. Przez to cała linia brzegowa w Malezji jest niczym bagno.
Po całym dni jazdy pomiędzy polami ryżowymi, zacząłem szukać noclegu. Zadanie wcale nie było takie łatwe. Tam gdzie ryż, to i woda. Tam gdzie Azjaci, to brak wolnych przestrzeni. Krążyłem i krążyłem, aż w końcu spasowałem, nie ma opcji abym rozbił się tutaj na dziko, czas na plan B. Podjechałem do domostwa lokalnej rodzinki i zapytałem, czy mogę rozbić namiot. Bez problemu się zgodzili. Rozbiłem się przy samym domu. Z ich angielskim było słabo, a ja tego dnia też byłem bez chęci na nocne debaty. Po prostu ległem w namiocie. Ale o godzinie 1:30 w nocy, ktoś świeci latarką do namiotu i pyta się czy śpię. Okazało się, że przyjechał ze studiów najstarszy syn rodzinki. Jak się dowiedział, że przyjechałem tutaj rowerem, to nie było mowy, aby odpuścił. Powiedział, abym się ubierał i lecimy na miasto. Po nocnym maratonie po mieście wróciliśmy dopiero nad ranem. Mało tego jak następnego dnia opuszczałem tą rodzinkę, to matka rodziny podarowała mi 20 ringgit na drogę. Bardzo pozytywna rodzinka.
Jadąc przez ten kraj można dostrzec dużo budynków wielkości kilkunastu metrów, bez okien. Jedynie z otworami wentylacyjnymi. Dochodzą z nich głośne świergoty ptaków. Miejscowych podpytałem się, o co z tym chodzi i nieco byłem zaskoczony odpowiedzią. Ptaki wewnątrz budynku lepią gniazda, które są mieszanką kału i ich śliny. Oni z tego produkują maseczki na twarz, oraz wywary do picia, które poprawią, jakość naszej skóry. Głównymi odbiorcami tego specyfiku są Chińczycy.
Jadąc wzdłuż wybrzeża postanowiłem, ze udam się na wyspę Penang. Bardzo słynna w okolicy jak i całej Malezji. Wyspa z lądem była połączona mostem, więc jadę prosto do niego. Pech chciał, że rowerzystów nie wpuszczają na ten most. Oczywiście nie mogli postawić znaku przed wszystkimi ślimakami i drogami ekspresowymi, które musiałem pokonać, aby dojechać do bramek. Zawracam, musiałem się cofnąć do miasta i wziąć prom. Dopiero on mnie przetransportował na wyspę. Zawczasu porozsyłałem już zapytania z couchsurfingu, aby mieć nocleg, bo z namiotem pewnie będzie ciężko na zatłoczonej wyspie. Z CouchSurfingiem niestety wyszła lipa, więc nocka przy płocie jednego z domostw.
To już praktycznie tradycja w każdym państwie, w nocy musi przyjechać policja i pogadać ze mną. Nie ma zmiłuj się. Ale wytłumaczyłem standardową gadką jak tu się znalazłem i zostawili mnie w spokoju.
Wyspa okazała się bardzo zatłoczona, masa turystów, a takich miejsc unikam. Na dodatek drogo, a woda w morzu, tak samo brudna jak i przy głównej linii brzegowej. Spędziłem na wyspie jedynie jedną noc i cały następny dzień jeździłem wokoło. Nic szczególnego. Czas wracać na prom...
W żadnym kraju nie miałem problemów, aby naładować laptopa, czy jak prosiłem o wodę do picia. Malezja była pierwszym krajem, w którym pierwszy raz mi odmówiono. Mało tego, wiecznie był z tym problem. Porozmawiałem z kilkoma podróżnikami i okazało się, że nie jestem wyjątkiem tego typu.
W Malezji jest nieco cieplej niż w Tajlandii. Średnio o 5 stopni więcej, ale można odczuć to bardzo dobrze. Słońce pali ostro, a ja przez to pływam w pocie. Jazda jest dużo bardziej męcząca.
Mimo, że w Malezji mieszkają 3 nacje, to Malezja jest uznawana za kraj islamski. Może nie ma tutaj, takiego rygoru jak w Iranie, ale kilka zasad pozostało. Ale nie w tym rzecz. Głównym punktem islamu jest niesienie pomocy innym. W Iranie sprawdzało się to perfekcyjnie, ale w tym kraju już nie bardzo. Owszem wszyscy zagadują do mnie, zatrzymują, ale jak już człowiek o coś poprosi, to nagle obrót na pięcie i nikogo nie ma. Mowa, o wodzie, prądzie, albo o noclegu. Nie mówię, że wszyscy tacy są, ale znaczna część.
Kierowałem się w głąb tego zmiksowanego kraju. Nadchodziła już noc, więc czas rozglądnąć się za kolejnym noclegiem. Zobaczyłem małe jeziorko, więc zaraz zjazd w prawo przy sporej knajpie i ruszyłem w dzicz szukać drogi do jeziorka. Znalazłem, ale góra nie na moje gabaryty, musiałem zrezygnować i rozbić się w palmowym lasku. Już znalazłem sobie gniazdko i słyszę, że ktoś coś krzyczy. Tak koleś z knajpy przy drodze mnie wypatrzył i przylazł tu za mną. Po raz kolejny zasada się sprawdza, Azjaci są wszędzie!!! Ale wracając do tematu, zaczął mi biadolić, ze to dżungla, robale, węże i nie mogę tu spać. Poza tym to jest prywatny teren i mi nie pozwala. Z ostatnim argumentem akurat nie miałem, co debatować. Ale powiedział, że ma pomieszczenie, w którym mogę się przekimać. Więc zabrałem sprzęt i poszedłem za nim.
Zapowiadało się nieźle, ale ta nocka była katastrofą. Zaczynając od tego, że w knajpie było karaoke, więc słyszałem malezyjskie wycie, aż do 3 rano. Mało tego, w tym cholernym pokoiku było więcej karaluchów i szczurów niż w dżungli, gdzie planowałem spać. Odjechać nie miałem, jak, bo złapałem flaka w przednim kole 200m od tej knajpy. Finał był taki, banany zżarły mi karaluchy ze szczurami, a ja w pokoiku rozstawiłem namiot, aby odizolować się od reszty lokatorów.
Kierunek na jedną z największych atrakcji Malezji, Cameron Highlands. Czyli góry porośnięte plantacjami herbaty oraz truskawkami. Byłem gotowy na wielkie szał, ale tego szału było zaledwie kilkaset metrów ze 100km górskiej trasy. Najwyższy punkt, na jaki wjechałem to 1300m n.p.m..
Trochę zawiedziony jestem tą Malezją, atrakcje okazały się lipne, a tereny nudne jak cholera. Postanowiłem, że udam się do stolicy Kuala Lumpur. Po drodze trafiłem na Beth z USA, która także od kilku miesięcy tuła się po świecie. Ostatnie dni postanowiła, że kupuje rower i na nim chce przemierzyć Malezję. Więc razem pognaliśmy do KL. Takim sposobem zbieram najwięcej informacji. Beth dała mi adresy stronek, gdzie możemy znaleźć darmowe zakwaterowanie w zamian za pomoc. Działa to na zasadzie wolontariatu. Jakby ktoś był zainteresowany:
W Kuala Lumpur nocleg miałem ugadany u Elaine z couchsurfingu. Ugościła mnie po królewsku, jeszcze pierwszego dnia pojechaliśmy na spotkanie couchsurfingu, które było w każdy piątek. Poznałem tam mega pozytywnych ludzi, a dzięki nim tą piękną stolicę. KL jest naprawdę magiczne. Idziemy ulica i widzimy hinduską architekturę, ludzi kuchnie, skręcimy w prawo i zaraz jesteśmy w Chinatown, po czym zaraz wylądujemy w malezyjskim klimacie. Coś naprawdę kapitalnego. I na duży plus zasługuje architektura, w żadnym mieście nie widziałem tak bajecznych budynków, a dwie słynne wierze KL są hipnotyzujące, zwłaszcza nocą. Wspaniałe miasto. Planowałem zostać tam ze 3 dni, a przesiedziałem prawie 1,5 tygodnia.
























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz