![]() |
| lotnisko w Hong Kongu jest ta wielkie, że trzeba poruszać się po nim metrem |
![]() |
| lotniska stały się moim domem |
Plan był taki, 30. kwietnia mój ojciec obchodził 50, urodziny i także tego dnia dokładnie wybija równy rok w trasie, więc jest to idealny termin, aby powrócić do domu. Więc przez cały miesiąc zarówno rodzinie jak i znajomym wciskałem bajkę, że nie wiem, kiedy wracam, albo, że dopiero w następnym miesiącu. Prawda była taka, że Filipiny opuściłem 23. kwietnia. Następnie miałem 2 dniową podróż 4 samolotami, następująco Filipiny, Manila – Hong Kong – Abu Dhabi – Londyn – Warszawa. W warszawie byłem 25 kwietnia wieczorem. Z noclegiem poratowała mnie szalona Diana z couchsurfingu, a następnego dnia po południu zacząłem pedałować w kierunku domu.
Pierwszy szok termiczny przeżyłem opuszczając samolot, zimno i mokro. Ale podczas jazdy rowerkiem nie mogłem trafić zębem na ząb. Wizję miałem taką, że będę pedałował całą noc, aż dojadę do Poznania, ale o 12 w nocy po 110km spasowałem. Strasznie zimno, przymrozek zakraplany deszczem. Zatrzymałem się na stacji paliw i czekałem na wschód słońca. Chciałem się zdrzemnąć na stole, ale nie można, przecież klienci patrzą i to przeszkadza… witaj Polsko. Rano kontynuowałem wyprawę, dzięki czemu w 2 dni dojechałem do Poznania po 350km.
Tam spędziłem 3 dni u znajomych, czekając
na 30. kwietnia, abym mógł wpaść na imprezę urodzinową. Tak się złożyło, że w
ostatni dzień wyprawy i zarazem startu ostatniego etapu Poznań – Świebodzin
miałem kompana, pana Rafała Zańko. Mało tego, pan Rafał zarówno eskortował mnie
podczas rozpoczęcia wyprawy, trasa Świebodzin – Zielona Góra oraz podczas
powrotu Poznań – Świebodzin. Za co serdecznie dziękuję!!!
Gdy dojechaliśmy pod mój rodzinny dom, po
ciuchu otworzyłem bramkę i z krzykiem "niespodzianka" wparowałem na podwórko.
Reakcja rodzinki hmm… przez 20 sekund jej nie było, nikt się mnie nie
spodziewał, cały czas myśleli, że jestem na Filipinach, a tu nagle stoi
zarośnięty koleś w czapeczce. Jak już zaskoczyli, kto powrócił, to radości nie
było końca.
W taki sposób moja roczna przygoda życia w
pogoni za marzeniami dobiegła końca. Przyznam, że przez ten jeden rok miałem
więcej przygód i wspaniałych wrażeń jak przez 25 lat mojego życia. Coś
wspaniałego wyłączyć się na dłuższy czas z normalnej szarej codzienności. Nie
musimy chodzić do pracy, słuchać negatywnych wiadomości z ogłupiającej
telewizji, czy płacić kolejnych rachunków. Za to codziennie nocujemy w innym miejscu,
poznajemy nowych ludzi oraz nowe kultury. Tego nie da się opisać słowami, to
trzeba przeżyć.
Jedyne, czego żałuję, to, że nie zacząłem
podróżować wcześniej, od razu po szkole średniej. Podróżowanie, to jest
wspaniała szkoła życia, kształtowania charakteru.
Najtrudniejszy jest pierwszy krok,
powiedzieć sobie, że jadę! Następnie organizacja sprzętu i papierologii,
zakończenie pracy oraz i związku jak będzie taka potrzeba. Jeżeli na to się
zdecydujemy, to najtrudniejsze zadanie za nami, następnie czeka nas jedynie
wspaniała przygoda. Osobiście zakochałem się podróżowaniu i wiem, że nie
poprzestanę na tej wyprawie. W planach mam Australię na rok czasu oraz Amerykę
południową na rok bądź dwa, ale już na motorku. Postanowiłem czerpać z życia
pełnymi garściami i także tego Wam życzę.
Na dniach opublikuję także podsumowanie
całej wyprawy, kilometry, mapę trasy, koszty i wiele innych informacji.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz