czwartek, 19 maja 2016

#98 Filipiny cz. 4 ostatnia


Filipiny cz. 4 ostatnia.



wspiąć się na pionową palmę nie jest tak łatwo




Na koniec przewodnik z wulkanu Mayon zabrał mnie do swojego domu, chciał abym poznał jego żonę i dzieci. Zjedliśmy pogadaliśmy i udaliśmy się do knajpy coś wypić. Było już późno, a nockę miałem ugadaną w knajpie, gdzie zostawiłem rower, więc tam mnie odwieźli. Dziewczyny czekały już z kolejną flaszką i jak to w kantynie, stołem zastawionym po brzegi jedzeniem. 



nocleg na podwórku u lokalnej rodzinki

Laguna kraina gór i 7 jezior 


Następny dzień miałem zostać także na noc, ale po moich wyliczeniach wyszło, że jak się sprężę, to będę miał okazję zobaczyć Marlene zanim jeszcze opuści Filipiny. Tak, więc, pożegnałem się z kucharkami i pognałem prosto do Manili. Dziennie musiałem pokonać minimum 150km, aby wyrobić dystans 500km w niecałe 4 dni. W tym terenie i temperaturze nie było lekko, ale nie ma rzeczy niemożliwych. Po 2 tygodniach znowu byliśmy razem i mogliśmy spędzić kolejne wspaniałe 2 dni. Lecz wszystko, co dobre, szybko się kończy. Marlene musi wracać do pracy, a ja dalej kontynuuję moją tułaczkę po świecie.






Po 2 tygodniach niemal ciągłego pedałowania, byłem trochę zajechany i postanowiłem, że muszę odpocząć. Rozesłałem zapytania na couchsurfingu i otrzymałem odpowiedź od Treena. Nie było jej w Manili, jak miała w profilu, lecz w Lagunie, nieopodal miasta San Pablo. Miałem do tego miasta 100km, a że było już po godzinie 14, i byłem wykończony stwierdziłem, że biorę autobus. Ponad 2h i byłem w San Pablo, teraz tylko dojechać 10km do jej miasteczka.


Treena miała akurat urlop i spędzała go razem z mamą i młodszą siostrą. Rodzinka gościła już wielu couchsurferów i także Polaków, którzy bardzo przypadli rodzince do gustu. Obok domu mieli drugi budynek, z pokojami, w których urzędowali couchsurferzy. Gospodyni jest zawodową kucharką i każdego dnia wstaje przed 4 rano, aby pojechać na bazar zrobić zakupy, następnie ugotować kilkanaście potraw i sprzedawać je do wieczora. Kobieta godna podziwu. 

Treena

Teraz Was zaskoczę, Treena pomimo tego, że wygląda jak kobieta, i ma żeńskie imię w młodości była chłopakiem. Nazywa się takie osoby transgender, czyli trans połciowe. Treena, pierwotnie Joshua miała zabieg na powiększenie piersi z oraz z penisa zrobili pochwę. Dodatkowo także zastrzyki hormonalne. 

Dla tych, co są w szoku, kolejna nowinka. Azja jest pełna osób, które są biseksualne, gejów, lesbijek, lady bojów, transwestytów i także transgender. Spotkamy ich wszędzie, na mieście, w sklepie, ba nawet w spotach reklamowych, czy programach w TV. Tutaj wspomnę o pewnym określeniu, które często można usłyszeć, bądź przeczytać w couchsurfingu. Mianowicie chodzi o „open minded”, czyli otwarty umysł. Chodzi o to, że wielu ludzi robi dziwne, bądź nie schematyczne rzeczy, przykładowo jak Treena, zmieniła płeć, ponieważ czuła się kobietą zamkniętą w męskim ciele. Dla wielu jest to szok, ale to jest dalej osoba, która prowadzi normalne życie, pracuje i ma rodzinę. Czyli chodzi o nasze nastawienie, nie powinno się skreślać ludzi od samego początku, tylko i dlatego, że nie pasują w nasze myślowe schematy. Podczas tej wyprawy poznałem wiele osób, każda inna z najróżniejszymi wizjami życiowymi. I do każdej osoby powinniśmy podchodzić z czystym nastawieniem, niezależnie od tego, kim jest.



z gospodynią na porannych zakupach
ręczna pralnia

Planowałem zostać z tą rodzinką kilka dni, a wyszło 3 tygodnie. Treena poznała mnie ze swoją rodziną, sąsiadami i przyjaciółmi. Dodam jeszcze, że Filipińczycy żyją w klanach, czyli prawie każdy sąsiad to ktoś z rodziny. Codziennie miałem okazję próbować pysznych potraw jej mamy, poznawać filipińską kulturę oraz zwiedzać lagunę, krainę 7 jezior oraz gór. 










Jednego dnia postanowiłem wybrać się na górę diabłów. Nazwa wzięła się z tego, iż miejscowi wierzą, iż góra jest zamieszkana przed duchy. Tak, Filipińczycy wierzą w duchy, klątwy, jasnowidzów i inne tego typu bajki. Ale powróćmy do wycieczki na górę. Po wulkanie Mayon wiedziałem, że przewodnik nie jest mi potrzebny. Spakowałem kilka klamotów w plecak i ruszyłem rowerkiem w kierunku mojego celu. Po 11km podjazdu zostawiłem rower u lokalnej rodzinki i zacząłem maszerować dalej. Na początku była szeroka droga, następnie piękna ścieżka, aż w końcu szlak trzeba było dosłownie tropić. Istna dzika zarośnięta dżungla. Aby nie zejść ze szlaku, momentami kucałem i tylko wypatrywałem pod rosnącą roślinnością, w którym miejscu jest bardziej wydeptane podłoże, co świadczy o tym, że tam mam się kierować. Następnie zaczęła się wspinaczka po górach, drzewach jednym słowem kapitalna atrakcja. Jak wszedłem już na wysokość niemal 1500m n.p.m. ujrzałem wspaniałe widoki laguny. 



punkt na kemping

od przedzierania się przez zarośla byłem cały poobdzierany

Wszystko ładnie pięknie, lecz w drodze powrotnej mieszkające tam "duchy" uwzięły się na mnie. Było mokro i bardzo ślisko, przez co schodziłem bardzo powoli. Podpierając się na jednej nodze, podtrzymując rękoma postawiłem lewą stopę na stopniu niżej i usłyszałem tylko krach i zaraz wielki ból. Coś mi przeskoczyło i musiałem naderwać jakieś partie przy kostce. Z 1300m n.p.m. schodziłem podpierając się na kiju. Oczywiście udało mi się zejść, odebrać rower i powrócić do mojego filipińskiego domu. Długo nie trzeba było czekać, a kostka cała spuchła. No nie, pomyślałem, powtórka z Laosu. Ale moja przybrana filipińska rodzinka zaproponowała, abym poszedł do szamana. Szamana?? Pogięło Was, i co niby on zdziała?? Muszę przyłożyć lód i najlepiej nie używać tej nogi kilka dni. Taka była moja pierwsza reakcja. Ale, co to za podróż bez spróbowania lokalnych specyfików! Skacząc na jednej nodze doszliśmy do jak się okazało szamanki. Starsza babula z fają w ustach. Powiedziała, abym usiadł wygodnie i podał jej nogę. Wzięła rozgrzewający olejek i zaczęła rozmasowywać napuchnięte miejsce. Ból jak cholera, na dodatek jak zaczęła gadkę typu, że kiedyś musiałem mieć jakąś kontuzję w lewej kostce, bo wyczuwa „bliznę”, to odechciało mi się już wizyty. Oczywiście ze swoją wizją nie trafiła, ale siedziałem dalej zaciskając zęby z bólu. Po kilku minutach skończyła i powiedziała jedynie, abym podarował, co łaska. Nie wiedziałem ile kosztuje usługa szamana, więc zapytałem Treene i powiedziała, że 40 peso, czyli 3zł z hakiem.

Wierzcie lub nie po godzinie już czułem poprawę. Kolejnego dnia było już dużo lepiej i po kilku ból praktycznie znikł. Kostka przez kilka dni dalej była napuchnięta, ale nie bolało. Jak przypomnę sobie uraz z Laosu, gdzie po 2 tygodniach dalej miałem problem z chodzeniem… ale z drugiej strony tam konkretnie rozwaliłem nogi, aż dziw, że nie były połamane.


opalanie prosiaka na ulicy

Podróżując przez filipiny wszędzie spotkamy koguty, wręcz całe hodowle. Mało tego ludzie, zwłaszcza mężczyźni będą maszerować z nimi pod pachą przez miasto, nawet jednego spotkałem w centrum handlowym. Wszystko ze względu na to, że bardzo popularne są tutaj walki kogutów. Co kilka dni urządzają zawody i obstawiają kasę, który wygra.

standardowa już interwencja policji na autostradzie

"piękna i czysta" Manila

Kolejna ciekawostka, filipiny, to kraj katolicki, ponad 80% ludzi i naprawdę wierzą… Jedynie same południe jest oblegane przez islam i piratów morskich, ale to już inna historia. Jeżeli ktoś umrze na Filipinach, zwłoki są tak przygotowywane, aby wytrzymały minimum tydzień czasu leżąc w trumnie. Oczywiście nie zostawiają jej bez opieki ani na minutę, aż zjedzie się cała rodzina. Miałem okazję być na filipińskim pogrzebie i wygląda to całkiem inaczej niż u nas. Zazwyczaj rodzina wynajmuje pomieszczenie, w którym znajduje się trumna ze zwłokami i na zmianę cały czas jest tam gromada ludzi. Grają w karty, oglądają filmy, piją i tak 24h na dobę bite 7 dni. Co wywołało największy szok u mnie, wszyscy są weseli, uśmiechnięci. Cieszą się z tego, że dusza odchodzi w lepsze miejsce. Zazwyczaj po 7 dniach jest oficjalny pogrzeb, w którym uczestniczy cała rodzina. 




Kolejnym dziwną ciekawostką z filipin jest obrzezanie. Każdy chłopak w wieku 10 lat zostaje poddany zabiegowi obrzezania, czyli usunięcia napletka z penisa. Następnie można zobaczyć chłopców maszerujących po ulicach trzymających cały czas spodnie na wysokości penia, aby tylko czasem nie drażniły rany. Tego kompletnie nie pojmuję, tak samo Filipińczycy nie mogli pojąć, że ja nie miałem takiego zabiegu. Po co poprawiać, to co stworzyła natura?

Rozleniwiłem się trochę w moim nowym domu i rower odszedł w zapomnienie. Także trochę brakło mi dłuższego zagrzania w jednym miejscu. Dzięki temu miałem okazję pożyć niemal jak rodowity Filipińczyk. Może kiedyś napiszę książkę na temat tej wyprawy, to zdradzę nieco historii z dziedziny tabu, życia po filipińsku.





Czas się ruszyć. Cały czas miałem w planach wulkan Taal, który znajduje się na południe od Manili, w której znajdował się mój rower z całymi bagażami. Odebrałem go od znajomej i zacząłem pedałować na południe. Pech chciał, że akurat w tym czasie GPS umarł w moim telefonie. Od tego czasu miałem tylko mapę w telefonie, bez możliwości podglądu aktualnej pozycji. Czyli powrót do korzeni, tak jak dawni podróżnicy, tylko mapa i kompas! No tego drugiego akurat też nie miałem, ale przyznam, że jazda bez ogłupiającej nawigacji jest dużo ciekawsza. W mieście rozmiaru Manili, był to koszmar, ale przez małe mieściny i dzikie tereny, wspaniała przygoda. Człowiek nie skupia się bezmyślnie na urządzeniu, tylko rozgląda się, wokoło, aby ogarnąć teren i cały czas analizuje, gdzie może się znajdować i w którym kierunku trzeba było jechać. Dzięki temu lepiej orientowałem się w terenie i więcej zapamiętywałem. Polecam czasami wyłączenie w pioruny całego naszego elektronicznego wsparcia i wrócenia do korzeni. 


wulkan Taal
Wulkan Taal, znajduje się na środku jeziora, które jest otoczone górami, więc z większej wysokości mamy okazję podziwiać widoki i były nieziemskie. Chciałem udać się na wyspę, gdzie znajdował się wulkan, ale wynikły dwa problemy. Pierwszy, za kilkaset metrów przeprawy łódką życzyli sobie 2000php, gdzie za 25km promu płaciłem 200 php. Drugi problem, nie mogłem znaleźć zaufanej miejscówki, gdzie mógłbym zostawić rower z całym moim dobytkiem. I tu rada. Lepszym rozwiązaniem jest duży plecak turystyczny, niż te cholerne 5 sakw na rowerze. Plecak zawsze można wziąć na plecy, a rower przypiąć do słupa. Natomiast z 5 sakwami tak nie zdziałamy, wieczny problem. Przez to podarowałem sobie wycieczkę na wyspę, a jedynie siadłem w miłym miejscu i podziwiałem go przez dłuższy czas z daleka. 





Ruszyłem dalej, objeżdżając jeziorko z wulkanem i podziwiając piękne widoki, kierowałem się do wybrzeża, a następnie w stronę miasta Batangas i Laiya gdzie znajdowały się piękne plaże i mniej zaludnione tereny. I te tereny także mało mnie nie wykończyły. Filipiny są naprawdę ciężkie do jazdy rowerem, strasznie gorąco i wszędzie góry. Czasami podjazdy były tak strome, że nie było mowy, aby podjechać, ba z podepchaniem ledwo, co mi się udało. Następnie skończył się asfalt i zaczął szuter z dziurami i kamieniami, istna masakra. Momentami miałem ochotę rzucić w pioruny ten rower i iść dalej pieszo. Po 70km jazdy padałem na pysk. Godzina 17 a ja już spałem w namiocie zajechany jak prosiaczek. Na domiar złego, ostatniej nocki tego kilku dniowego tripa miałem kolejną inwazję mrówek. Tym razem pod osłoną nocy wprowadziły się czerwone dranie. Całego mnie pogryzły, aż dostałem wysypki. 


przed wejściem na lotnisko w Manili, trzeba prześwietlić wszystkie bagaże


Miałem udać się także na północ filipin, ale nie wybrałem się z kilku powodów. Najważniejszy, północ to same góry 2000m n.p.m., a ja miałem już serdecznie dość gór. Za żadną cholerę nie wjechałbym tam rowerem. Drugi powód była już połowa kwietnia, a moje przedłużenie wizy kończyło się 23.04.2016. Aby zostać na kolejny miesiąc, musiał bym wyrobić kartę ID, której koszt to kilka ładnych polskich stówek. I w końcu postanowiłem, że to będzie roczna wyprawa. Tak, tyle wersji było, co do terminu zakończenia tej wyprawy, że gdybym nie znał swojego planu, sam bym zgłupiał, kiedy w końcu ma być finisz. Czas wracać do domu!


Tak zakończyła się moja przygoda na Filipinach. Państwo wspaniałe, zwłaszcza mentalność ludzi i ich nastawienie do życia. Na pierwszym miejscu jest rodzina i radość z życia, następnie dobra materialne i kariera. Wielokrotnie spotykałem ludzi żyjących w bambusowych chatkach, którzy dosłownie nie mieli nic. Ale ich radość z życia, bezstresowe podejście i wszędzie biegające dzieciaki uśmiechnięte od ucha do ucha... po prostu bajka. Co najlepsze potrafią zarażać tą pozytywną energią. Z minusów wspomniałbym jedynie o brudzie i smrodzie, który wszędzie będzie nam towarzyszyć. Duże miasta dosłownie toną w fekaliach i śmieciach. A żebraków i rodziny żyjące na chodniku możemy spotkać na każdej ulicy. Mimo wszystko polecam każdym wspaniałe Filipiny. 

Na Filipinach przebyłem łącznie 3177km, z czego rowerem 2618km w 129h.

Ale to jeszcze nie koniec mojej wyprawy :)

C.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz