Następnym punktem na mojej trasie był Oslob na wyspie Cebu. Tutaj miałem okazję popływać z rekinami wielorybimi. Na miejsce przyjechałem wieczorem, a nurkowanie jest od 6 rano, więc zapytałem, czy mogę zostać na noc w ośrodku. Na początku nie chętnie, ale w końcu zgodzili się.
Następnego dnia 6 rano gotowy do nurkowania. Łódkami wypłynęliśmy w miejsce, do którego codziennie przypływają olbrzymy. Maska na twarz, rura w dziób i do wody. Emocje wspaniałe podczas przebywania pod wodą z takimi kolosami. Czasami zapomni im się i trącą płetwą, co jest niezłą niespodzianką. Ceny za taką atrakcję są bardzo rozchwiane na filipinach. Niektórzy płacili 2500php, 1500php, a w Oslob najtaniej 1000php, czyli 80zł.
 |
| rower na pokładzie, gotowi do startu |
Nastał czas na pierwszy prom, dzięki nim ludzie przemieszczają się pomiędzy 7000 wysp. Za mnie i za rower zapłaciłem 200php, czyli 8zł (cena zawsze x2 ze względu na rower). Rzut beretem i jestem na kolejnej wyspie, a konkretnie miasto Dumagette. Wizę dostałem tylko na 30 dni za free, więc korzystając z okazji udałem się do biura, aby ją przedłużyć. Na początku robili problem, że mam jeszcze ponad 3 tygodnie wizy i mam przyjść później. Ale sprzedałem im wersję, że miesiąc będę siedział na małej wyspie i nie będę miał jak przedłużyć tej wizy, więc się udało.
Aby przedłużyć wizę, musimy dostarczyć kopię paszportu, oraz pieczątki z odprawy na lotnisku. Następnie zdjęcie, które ma mieć wymiar 1”x 1”. Oczywiście żadne inne, które było odpowiednie w innych państwach nie może być. Na szczęście obok jest ksero oraz fotograf. Po tym wszystkim wypełniamy formularz, musimy podać lokalny adres! i wpłacamy kwotę 3150 php. Wiza do odbioru za 5 dni.
 |
| Chrystian z CS |
 |
| gorące źródła |
 |
| Miasto Cebu z pobliskiej góry |
W Dumagette zatrzymałem się u kolejnego couchsurfera Chrystiana, który jest lokalnym strażakiem. Okazało się, że też ma rower, więc następnego dnia pobudka o 5.00 i ruszamy na rowerkach do termalnych źródeł oraz wodospadu. 15km pedałowania pod górkę, ale za to powrót na lajcie. Tereny ekstra.
 |
| jedna z plaż na Siquior |
Wyspa obok nazywała się Siquior i pewnie dla kilku osób jest znajoma ta nazwa. Można tą wyspę uznać za polską kolonię na filipinach. Co trzecia osoba, to Polak. Ale przejdźmy do tematu, dlaczego się tutaj udałem. Poza szamanami, pięknymi terenami, imprezami jest także pewne miejsce, które nazywa się „Ucieczka do Raju”. Prowadzi je Damian, który mieszka na filipinach już 3 lata. Oczywiście chata pełna przybyszy z polski. Pogadałem z Damianem i pozwolił mi przekoczować trochę w jego oazie spokoju. Nie mogło się skończyć inaczej jak libacja z rodakami, więc i na zdrowie!


Dwa dni po moim przyjeździe wprowadziły się dwie podróżniczki z Austrii Marlene i Betti. Na ogół nie rozpisuję się o moich typowo osobistych przygodach, ale o tej dziewczynie muszę wspomnieć. Wieczorem cała brygada ugadała się na imprezę na plaży, przy ognisku. Jeszcze doszedł do nas Alvin, który jest lokalnym mieszkańcem i mówi po polsku! Na dodatek gra na gitarze, śpiewa i beatboxuje. Więc impreza rozkręciła się na całego. Długo nie trzeba było czekać, Marlene i ja wpadliśmy sobie w oko i tak się zaczęła nasza piękna przygoda. Od tego wieczoru spędzaliśmy razem niemal każdy wspaniały dzień.
Następnego dnia musiałem wracać do miasta odebrać mój paszport z przedłużeniem wizy na kolejny miesiąc. Biurokracja z głowy, czas zbierać się na kolejną imprezę. Tym razem potupaja u Filipińczyków.
 |
| wszędzie można znaleźć piękne wodospady |
 |
| 400 letnie drzewo... jakieś tam |
 |
| podczas tego noclegu miałem 10 gości w nocy |
 |
| skoki z 10m do wody |
W międzyczasie objechałem wyspę dookoła. Na Siquior można znaleźć takie atrakcje jak wodospady, 400 letnie drzewo, góry, dżungle oraz resort z klifami, z których można skakać do wody, wysokość 10m. Na nockę zostałem w górach, strasznie mnie wymęczyła jazda po tym terenie. Gorąco i cały czas pod i z góry i tak w kółko. Padłem jak kawka w namiocie, który rozbiłem obok bawoła, nie miał nic przeciwko. Przeciwko mojemu noclegowi mieli za to lokalni mieszkańcy, którzy zadzwonili po policję. Oczywiście standardowy schemat. Noc, świecenie latarką do namiotu i wielkie zdziwienie, dlaczego tutaj śpię?? Z policją przywędrowali wszyscy sąsiedzi, około 10 osób i nie mogli zrozumieć, że chcę tu nocować z własnej woli, sam. Po 10min debacie w końcu spasowali, ostrzegli przed kobrami królewskimi, których niby jest masa i zostawili mnie w spokoju.
 |
| filipińskie peso |
Czas na polskiej wyspie Siquior dobiegał końca. Marlene podróżowała razem z koleżanką, Betti, więc zabraliśmy się we trójkę i pognaliśmy na kolejny prom na wyspę Bohol. Od razu chcę podziękować Damianowi z "Ucieczka do raju", za przygarnięcie mnie pod dach i oczywiście gorące pozdrowienia dla całej brygady Polaków, których tam poznałem!!!
Zapraszam na blog Damiana: UCIECZKA DO RAJU
Tym razem prom płyną nocą i to prawie 4h. Po drodze podłączył się do nas także Holender, wiec była nas już quarto. I kto powiedział, że podróżując samemu, można czuć się samotnie :) Dopłynęliśmy na Bohol, teraz musieliśmy się przerzucić do naszego resortu, dziewczyny na trajku, a ja pognałem rowerkiem. W ośrodku spędziliśmy kilka dni, trochę relaksu oraz jeden dzień poświęciliśmy na zwiedzanie.
 |
| bloody monument |
 |
| to był największy okaz pytona w sanktuarium, teraz wygląda jak kupa... |
 |
| ciężarna samiczka, na dniach miała złożyć jajka |
 |
| trasiery, małe "małpeczki" |
 |
| przerwa na obmyślenie planu |
 |
| bambusowy most |
 |
| czekoladowe wzgórza |
 |
| 5 osób zamówiło zestaw hamburger, kurczak i frytki... każdy dostał aż 5 szt! :D |
 |
| na koniec dnia piękny zachód |
Zebrało się nas łącznie 5 osób. Ja, Marlene, Betti, holender i jeszcze holenderka. Wynajęliśmy 3 skutery i postanowiliśmy objechać wszystkie atrakcje na wyspie. Takie jak: krwawy pomnik, sanktuarium pytona, małe „małpki” trasiery, bambusowy most, słynne czekoladowe wzgórza, trochę offroadu i ostatnia atrakcja na liście, to był zip line, czyli zjazd na linie. Na ostatni punkt się spóźniliśmy. Zamykali o 17 i dokładnie o tej godzinie się zjawiliśmy. Machnęliśmy ręką i postanowiliśmy, że wracamy. Zajechaliśmy jeszcze do miasta, aby sprawdzić promy na kolejny dzień i także, aby reszta brygady spróbowała balota. Oczywiście skończyło się na tym, ze laski spasowały, holender zjadł 16. Dniowego, a ja, jako, iż to było już moje drugie jajko, rzuciłem się na 17. dniowego. Niby jeden dzień różnicy, ale w środku diametralna różnica. Jajo 16. dniowe było prawie, że galaretką, a w 17. dniowym był już dzióbek i piórka. Ten już ciężej przeszedł przez gardło, ale smak dalej taki sam, słabej jajecznicy. Wróciliśmy do resortu się ogarnąć i później na ostatnią wspólną kolację. Tego dnia przejechaliśmy na skuterach 250km.



 |
| a tak podają piwo na filipinach |
 |
| trafiliśmy na wesele niemców |
Po 1,5 tygodniu spędzonego z Marlene nadszedł czas się pożegnać. Ona rusza z Betti na wyspę Palawan, a ja w przeciwnym kierunku na północ. Kieruję się do wulkanu Mayon. Wszystko, co dobre szybko się kończy, ale wiedziałem, że to nie jest ostatni raz jak widzę tą wspaniałą kobietę.
C.d.n.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz