sobota, 15 sierpnia 2015

#63 Ostatnie dni w Turcji

© Damian Dukiewicz 
rakim - wysokość n.p.m.
W Istambule spędziliśmy łącznie 17 dni. Było trochę czasu na leniuchowanie, ale zazwyczaj dzień był wygospodarowany, co do ostatniej minuty. Nie było czasu na nudę. Sporo zwiedzaliśmy, a na miejscu mieliśmy okazję świętować 100 urodziny jednej pani oraz grillować z polskim konsulem. Dużo czasu zajęło uzyskanie wiz (największy mankament podróży), zwłaszcza do Uzbekistanu, na tak długo zakotwiczyliśmy. Udało się Wiza Uzbecka i Tadżycka zdobyta. Można jechać dalej wystarczy tego siedzenia w jednym miejscu. Jeszcze trochę i musiał bym zmienić miejsce zamieszkania w dowodzie. Ze względu na wysokie ceny żywności, na trasę ugotowałem 85 jajek i w drogę.

© Damian Dukiewicz
Startowaliśmy z Istambułu 20 czerwca w moje urodziny i przyznam że najlepszy prezent, jaki mógłbym wtedy dostać. Spakowani i gotowi do drogi, jednak wystąpił mały problem. Przez te 3 tygodnie pobytu w Istambule jeździliśmy bez bagaży, a teraz z całym załadunkiem ciężko było opanować nasze rumaki. Kierownica latała lewo prawo i kompletny brak precyzji podczas jazdy. Ale po chwili jazdy wszystko wróciło do normy.

© Damian Dukiewicz
Na noc zakupiłem "flaszeczkę", aby uczcić urodziny. Czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka tego dnia. Nocleg mieliśmy na wzgórzu, obok starego zamku, widok na morze. Po urodzinowej fecie Jacek poszedł spać, a ja wybrałem się na zwiedzanie zamku. Chwila wspinania się po murze i byłem w środku. Wszystko było strasznie zdewastowane, do komnat  nie można było wejść, ponieważ były osadzone w piwnicy a schody zostały zniszczone. Za to można było pozwiedzać mury i baszty, z których był niezły widok na nocną promenadę.

© Damian Dukiewicz
Pewnego dnia jedziemy wzdłuż głównej drogi prowadzącej do Samsun, a tu nagle z prawej wyskakuje jakiś mężczyzna z kamerą i prosi, aby się zatrzymać. Okazało się, że jest z tureckiej telewizji i bardzo zaciekawiony poprosił o wywiad. Odpowiedziałem na kilka standardowych pytań skąd i dokąd jedziemy, porobił kilka zdjęć i ruszyliśmy dalej w drogę. A dziennikarz jechał autem przed nami, aby zrobić jeszcze parę fotek.

© Damian Dukiewicz
W Turcji mają bzika na punkcie bezpieczeństwa antyterrorystycznego, co mieliśmy okazję dostrzec. Podjeżdżamy rowerami pod wielkie centrum handlowe i chcieliśmy je zostawić przed wejściem, ale zaraz podbiega strażnik. Rowery trzeba zabrać, chyba, że ktoś zostanie przy nich… Chodzi o to, czy czasem nie przechowujemy bomby w sakwach, a takie centrum pełne ludzi było by smacznym kąskiem. Następnie wchodzimy do środka, a tu bramka magnetyczna, jak na lotnisku. Wszystkie torebki prześwietlane, a z kieszeni wszystko wyciągnąć. Tak to tylko centrum handlowe.

© Damian Dukiewicz

© Damian Dukiewicz
Turcy mają jeden zwyczaj, który bardzo mi się podoba. Zbierają się całą rodziną, pakują w auto i jadą do parku. Rozkładają koce, pomiędzy drzewami rozwieszają hamaki, a na gałęziach huśtawki. Zabierają ze sobą całe torby jedzenia i grill. Rozbijają się jedna rodzina przy drugiej i spędzają czas do bardzo później nocy, nawet wczesnego ranka. Postanowiliśmy, że rozbijemy namioty wśród nich na trawce. Bardzo sympatyczna atmosfera.

© Jacek Łukasik

© Damian Dukiewicz 
mini meczet w parku
Rano miałem dość specyficzną pobudkę, „kubeł” wody wylany wprost na moją głowę. Pomyślicie jak w zamkniętym i szczelnym namiocie mogłem zostać oblany wodą prosto w twarz? Co najlepsze, i to nie jeden raz! Za pierwszym razem byłem w szoku i nie wiedziałem, o co chodzi, a woda lała mi się na twarz dokładnie z lufciku wentylacyjnego, który jest idealnie nad moją głową. Ale wlot powietrza jest od dołu, więc nawet podczas srogiej burzy nawet kropelka nie wpada do środka. Otwieram namiot, aby sprawdzić, co za żartowniś postanowił mnie tak brutalnie zbudzić, a tu nagle kolejna fala… Okazało się, że w trawnik była wbudowana instalacja zraszająca wodę, a jeden ze spryskiwaczy akurat był 2m od mojego namiotu. Celował w górę prosto do mojej wentylacji…

© Damian Dukiewicz 
Werner
Jedziemy a przed nami długi zjazd. Jechałem pierwszy i nagle straciłem Jacka w lusterku. Zatrzymałem się na dole i czekałem, aż dojedzie. Okazało się, że złapał gumę i na dodatek dojechał do mnie z niespodzianką, którą okazał się Werner. 50cio letni Niemiec, który wyruszył w drogę nad morze Czarne (później postanowił jechać jeszcze dalej). Jako, iż cała trójka zmierzała w tym samym kierunku to pojechaliśmy razem.

© Damian Dukiewicz 
Komunikacja w naszej trójce wygląda następująco Jacek – Damian = j. polski, Damian – Werner = j. angielski, Werner – Jacek = j. niemiecki. Tak, że czasami można było się pośmiać z tego trzeciego, a on nawet o tym nie wiedział. Wizyta Wernera bardzo dobrze zadziałała na relacje w grupie. Jest to bardzo wesoły gość, z którym nie da się nudzić i płakać ze śmiechu.
© Damian Dukiewicz 
poczęstunek tureckiej rodzinki
Werner jak zwykle udawał się do hotelu na nocleg, my natomiast szukaliśmy okazji do rozbicia się. Trafiło na ogródek bardzo wesołej i zarazem licznej tureckiej rodzinki. Pierwszy kontakt trochę nieswojo, ale zaraz się wszystko rozkręciło. Na początek rozłożyli nam dywan koło namiotów, a na nim podali jedzenie. Turecka kuchnia opiera się głównie na warzywach, a dania podane przez nich były bardzo smaczne. Następnie mieli podać czaj, na który dość długo czekaliśmy. Jackowi nie chciało się czekać i poszedł do swojego namiotu, ja natomiast zwinąłem dywan i poszedłem go oddać.

© Turczynka 
u tureckiej rodzinki 
Zaprosili mnie do środka. Stół zastawili przekąskami i polewali szklankę za szklanka czaju. Rozmowa się przeciągnęła do późnej nocy, ja miałem masę pytań do nich, a oni do mnie jak wygląda życie w Polsce. Oczywiście rozmowa odbywała się w języku angielskim, ponieważ turecki jest z serii „masakra, nic się nie da zrozumieć”. Na szczęście młode pokolenie ma w szkole angielski, więc z pomocą translatorów można było prowadzić rozmowę. Na pożegnanie dostałem jeszcze torbę orzechów. Aktualnie w tym czasie trwał ramadan, o którym dokładniej poniżej:

Ramadan – dziewiąty miesiąc kalendarza muzułmańskiego. Dla muzułmanów jest święty, gdyż w tym miesiącu rozpoczęło się objawianie Koranu – archanioł Gabriel ukazał się Mahometowi, przekazując kilka wersów przyszłej świętej księgi islamu.

Podczas trwania ramadanu od świtu do zmierzchu (około 15 minut po zachodzie słońca) muzułmaninowi powyżej 10 roku życia nie wolno spożywać żadnych pokarmów, pić żadnych napojów, palić tytoniu, używać kosmetyków, uprawiać seksu. W tym czasie nie wolno kłamać Allahowi, Prorokowi i jego zastępcom. Zabronione jest także zwilżanie gardła rozpyloną cieczą, zanurzanie całej głowy w wodzie, robienie lewatywy czy wywoływanie wymiotów. Można jedynie, gdy jest wysoka temperatura, przepłukać gardło wodą. Dużo czasu należy poświęcać modłom. Ostatni posiłek przed kolejnym dniem postu muzułmanie jedzą przed świtem. Od momentu, kiedy usłyszą wołanie do porannej modlitwy fadżr, powstrzymują się od dalszego jedzenia i picia. W ramadanie muzułmanie zwykle spożywają dwa posiłki – iftar po zachodzie słońca oraz suhur przed świtem.

Post to inaczej ochrona przed karą Allaha. 30-dniowy post obowiązujący wyznawców islamu ma na celu pomóc wiernym w odróżnieniu fałszu od prawdy. Podczas jego trwania należy pokutować, a w zamian doświadcza się odpuszczenia grzechów. Post (saum) ma na celu przerwanie rutyny związanej z zaspokajaniem codziennych potrzeb. Chodzi w nim o to, aby ćwiczyć ciało i ducha, wzmacniać wewnętrzną dyscyplinę i siły moralne. Ci, którzy poszczą, wchodzą do raju z bramy "ar-Rajan" (gdzie raj ma 8 bram, piekło 7, a odległość między bramami wynosi 70 lat). Kobiety ciężarne, karmiące matki, osoby nieuleczalnie chore oraz chore psychicznie, a także podróżujący dłużej niż trzy dni nie muszą przestrzegać ramadanu. W zamian mogą wybrać sobie 30 dowolnych dni w ciągu roku na post, a w czasie ramadanu nakarmić przynajmniej jedną osobę, której nie stać na przyzwoity posiłek. Jednym z najważniejszych zasad postu jest obowiązek jałmużny. Jeśli nie zostanie on spełniony przez wiernego, post zostaje "zawieszony", czyli nie może być przyjęty. Jałmużna może być symboliczna, np. wystarczy przekazać drobną kwotę na cel społeczny, pomóc osobom starszym, samotnym matkom lub uchodźcom.

Źródło: Wikipedia

W skrócie wygląda to tak, że w dzień śpią, a w nocy jedzą. Na czas ramadanu dzieci mają wolne od szkoły, a dorośli są mniej wydajni w pracy. W barach i restauracjach także możemy zapomnieć o zakupieniu gotowej żywności, choć czasami zdarzały się lokale robiące wyjątki.

© Damian Dukiewicz 
podjazd pod górę we mgle i deszczu
Z rana spotkaliśmy się z Wernerem pod jego hotelem i ruszyliśmy dalej, a konkretnie zdobywać największy podjazd, jaki dotychczas był na naszej drodze. Około 13-15km ciągłego podjazdu, różnica w wysokości 1000m a szczyt znajdował się na wysokości 1300m n.p.m. Ale i tak to jest dopiero przedsmak przed Pamirem i Chinami. Na dodatek Turcja nie rozpieszcza nas pod względem pogody, przez większość czasu są gęste chmury i deszcz, nie tak wyobrażałem sobie słoneczną Turcję.

© Damian Dukiewicz 
Na kilka dni Werner nas opuścił, ponieważ jednak wszyscy jedziemy w Kierunku na Samsun to spotkaliśmy go później. Wieczorem się rozstaliśmy, Werner pojechał dalej 40km do hotelu, a my rozbiliśmy się na polance. Jeszcze tego samego dnia dostaliśmy od niego smsa, że złapał gumę i czy rano nie podjedziemy do niego pomóc mu w naprawie, pewnie, że tak. Tak się złożyło, że z rana czekał nas 25 km zjazd z góry, coś niesamowitego. Kilometry nabijają się na liczniku w zawrotnym tempie, a my się wcale nie męczy. Szybko dojechaliśmy do hotelu i dziura załatana, można jechać dalej. Tego dnia spostrzegłem, że z moją tylną oponą coś jest nie tak, zaczęła się pruć. To tylko kwestia czasu i się rozleci, aby tylko wytrzymała do Trabzonu... Cały dzień znowu lało, ale nie zważając na to postanowiliśmy w burzy wykąpać się w morzu czarnym. Woda jak to w burzy cieplutka, a morze czyściutkie. Piasek i kamienie są w większości czarne teraz już wiadomo skąd ta nazwa.

© Damian Dukiewicz
Przed tunelem długości 4km rozstaliśmy się z Wernerem, standardowy schemat, on hotel a my kamping. Tuż obok wjazdu do tunelu była polanka, a obok niej coś na wzór altanki działkowej i nieco dalej stara chata. Nikogo nie było, albo może spali, w końcu ramadan. Nie ma, co długo myśleć, rozbijamy się. Śpimy słodko, aż tu nagle o godzinie 00:30 słyszę ludzi obok namiotów. Świecą latarką na rowery i na namioty, czekam na rozwój sytuacji. Rowery przypięte, więc od tak ich nie ukradną. Nagle jeden z nich trzepie ręką w mój namiot i każe wychodzić – jandarma! Otwieram właz, a moim oczom ukazuje się policjant i stary Turek z drewnianą pałą (pewnie ze starej chaty obok). Policjant do mnie:

-Password please. (hasło proszę)

Zaspany myślę, cholera, jakie hasło, jeszcze hasło trzeba znać, aby tu nocować. Pytam go:

-What? (co?)

-Password please. (hasło proszę)

Dopiero mój mózg wybudził się na tyle, że zrozumiałem, iż chodzi mu paszport (passport). Mój angielski nie jest idealny, ale policjant po prostu pomylił słowa.

Dałem paszport, sprawdził wszystko ok. Powiedziałem, że tylko nocujemy do rana i jedziemy na Trabzon. Następnie ta sama historia pod namiotem Jacka. Ostatecznie rozeszło się po kościach i poszli sobie. Choć stary Turek pewnie liczył na to, że nas pogonią z jak to wywnioskowaliśmy później z państwowego skrawka terenu, nie prywatnego.


© Jacek Łukasik
zmiana rozerwanej opony
Z rana od razu wjechaliśmy w nieszczęsny 4km tunel i nastąpiła katastrofa nieco wcześniej niż sądziłem. Rozleciała się tylna opona, a przy okazji i dętka dokładnie po środku tunelu. Na szczęście, co kilkaset metrów są zatoczki ewakuacyjne, w której się schowaliśmy i czas na serwis. Ściągnięcie wszystkich sakw, wyciągnięcie nowej opony i dętki. Jeszcze nie ma ¼ drogi a pozbyłem się już jednej opony. Przez te zajście mieliśmy godzinę opóźnienia do Wernera, który czekał na nas pod swoim wygodnym hotelem.

© Damian Dukiewicz 
Morze Czarne


Tego wieczora mieliśmy piękną miejscówkę przy morzu i to dosłownie. Po wyjściu z namiotu jeden krok mnie dzielił do spadku do morza. Jako, iż w miarę wcześnie skończyliśmy jazdę tego dnia, czas się zabrać za rower. Tylną świeżo założoną oponę zamienić z przednią, ze względu na to, iż na tylne koło ma dużo większe obciążenie. Wymiana wszystkich klocków hamulcowych i ogólny przegląd roweru. Z tyłu zrobiła się mała ósemka, którą też trzeba będzie się niedługo zająć.


© Damian Dukiewicz
Czas pracy konsulatu Iranu w Trabzon 


Dotarliśmy do Trabzonu. Tutaj kończymy nasza przygodę ze śmieszkiem Wernerem, który zagrzeje tu miejsca na dłużej. W tym mieście mieliśmy odbierać wizę do Iranu, lecz wyszły małe komplikacje i odbierzemy ją w Tbilisi w Gruzji. Tak urozmaicamy trasę o kolejne dwa państwa Gruzja i Armenia. Dzięki temu dalej możemy jechać wzdłuż Morza Czarnego.



© Damian Dukiewicz 
nocka w krzakach przy głównej drodze
W Trabzonie zatrzymaliśmy się na ponad 2 dni, Jacek wziął hotel, ja natomiast nocowałem na plaży. Jednego dnia jak siedzieliśmy w lobby hotelowym, wisiał naprzeciw nas TV i leciał jakiś turecki film. Nagle patrzę, co to za plamy na ekranie, przyglądam się na to cenzura, ale nie byle, jaka. Na stole stały flaszki oraz aktorzy palili papierosy, tak tylko te miejsca były za małym rozmazanym cenzuralnym kółeczkiem. Wyobrażacie to sobie, za cenzurowali gościowi rękę, ponieważ palił papierosa. 




© Jacek Łukasik


Jeszcze przed samym wyjazdem Turcja musiała dać nam znać o sobie i 30 km przed granicą Jacek złapał znowu kapcia… Ten kraj przeorał nasze rowery, dosłownie na zmianę wszyscy dziura za dziurą, a ostateczny bilans wynosi Jacek - 6, Damian – 3, Werner – 2. Ale jedno trzeba przyznać, tak kapitalnie dobrych dróg w żadnym państwie nie widziałem.

© Damian Dukiewicz
W Turcji spędziliśmy ponad miesiąc, plan zakładał zupełnie co innego. Jest to państwo policyjno wojskowe. Na każdym kroku widać funkcjonariuszy, a jak znajdziemy kawałek lasu to na 99% będzie terenem wojskowy. Turcy kochają drut kolczasty. Osobiście zakochałem się w tym państwie, od pierwszych minut po przekroczeniu granicy. Tu znalazłem dokładnie to, czego chciałem, całkiem inny świat, zwyczaje, kulturę, jedzenie. Ale coś jeszcze bardziej mnie nakręca, czym dalej na wschód tym będzie jeszcze ciekawiej. Zamieszkać na stałe bym nie chciał. Głównie ze względu na religię, która ma bardzo duży wpływ na życie codzienne. Ale wypad na wakacje jak najbardziej każdemu polecam. Zwłaszcza Istambuł, a nie kurorty, które są „przerobione” pod turystów.

W Turcji przejechaliśmy 1950 km.


© Damian Dukiewicz

© Damian Dukiewicz

© Damian Dukiewicz

© Damian Dukiewicz 
kolejna dziura...

© Damian Dukiewicz

© Damian Dukiewicz 
w tym markecie najczęściej robiliśmy zakupy

© Damian Dukiewicz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz