niedziela, 13 września 2015

#64 Gruzja

© Jacek Łukasik
Przejście graniczne 
Gruzja nie była w planach, ponieważ jest sąsiadem Turcji, którą nasyciliśmy się po tak długim pobycie, postanowiliśmy odwiedzić i ten kraj. Ostatecznie nie tylko chęć zwiedzenia, ale sytuacja z wizą do Iranu zmusiła nas aby jechać przez Gruzję. Szczegóły, kiedy indziej.


Jak to mówią o sobie Gruzini, są najgościnniejszym narodem świata. Jakiś czas tu pobędziemy, więc będziemy mieli okazję, to sprawdzić. Kontakty pomiędzy naszymi państwami są bardzo dobre, a to ze względu na Lecha Kaczyńskiego, który wstawił się za Gruzją podczas konfliktu zbrojnego z Rosją. Następnie samolot z prezydentem się rozbił, a Gruzini dopowiedzieli sobie, że ustrzelili go Rosjanie za wstawienie się za nimi, (chociaż kto tam wie jak było naprawdę).


© Jacek Łukasik
Przejazd przez granicę turecko gruzińską odbył się bezproblemowo. Kiedyś robili zdjęcia twarzy, ale znieśli już ten wymóg. Turecki celnik zapytał się mnie, czy czasem nie mam ojca turka, ze względu na moje drugie imię „Kamil”, które jest czysto Tureckie. 

© Damian Dukiewicz
Gruziński radiowóz 
Pierwsza rzecz, jaka rzuciła mi się w oczy tuż po przekroczeniu granicy, to ich nowe radiowozy. Policyjny mundur wraz z autami wyglądają jak żywcem ściągnięte z amerykańskiego filmu. Radiowozy są dosłownie wszędzie i ciągle jeżdżą z włączonymi kogutami.

Gruzja przywitała nas deszczem, który nie opuszcza nas od dawna i jeszcze trochę z nami pobędzie…

Turcy jeździli agresywnie, ale z Gruzinami nie mają, co się mierzyć, dosłownie jak psychopaci pchają się na każdym zakręcie przy podjazdach pod górę, najchętniej przejechaliby po nas. W mieście chaos, a jakość dróg, także pozostawia wiele do życzenia. 

© Damian Dukiewicz
Bambusy 
Przy granicy Turcji z Gruzją, w miejscowościach takich jak Batumi bądź Kobuleti jest bardzo specyficzny subtropikalny klimat. Dzięki temu można ujrzeć rośliny takie jak bambusy, pomarańcze bądź herbata. A zimą można się kąpać w morzu, ale jak udamy się do Tbilisi 300km dalej to będzie już -20 stopni.

Batumi przez ostatnie 3 lata przeszło ogromną przemianę, wcześniej skromne typowe nadmorskie miasteczko, a teraz pełne wieżowców i hoteli niczym z Disneylandu. Przez to pojechaliśmy dalej do następnego miasteczka Kobuleti, aby rozstawić obóz, co się okazało na tydzień…

© Gruzin
Kamil autostopowicz z Polski 


Jedziemy kilometrami wzdłuż linii brzegowej, aby znaleźć odpowiednie miejsce i bum strzał w 10. Namioty schowane za krzakami, do morza 20m, obok bieżąca woda, a po drugiej stronie sklepy. Na dodatek obok nas stał opuszczony bar, w którym można było suszyć ubrania, bądź podładować sprzęt, dzięki dociągniętemu na „lewo” zasilaniu. Obok nas była jeszcze jedna niespodzianka – rozłożony namiot. Okazało się, że mieszka w nim autostopowicz z Polski – Kamil. Przyleciał samolotem do Gruzji, aby dzięki dobroczynności Gruzinów pojeździć po kraju. Na wieczór zakupiliśmy prowiant i rozpaliliśmy ognisko. Następnego dnia Kamil miał już samolot powrotny do Polski.


© Damian Dukiewicz
Gruzińskie lary

© Damian Dukiewicz
Gruzińskie
W Gruzji jest taki zwyczaj, najczęściej w turystycznych miejscach, z góry naliczają dodatek za usługę. Przykładowo w menu mamy podane, że herbata kosztuje 2 lary to na rachunku zobaczymy 2,5 lara.

© Jacek Łukasik
Targowisko 

© Jacek Łukasik
Wschodnia myśl technologiczna
Serbia jak i Gruzja przypomina mi nieco Polskę 15-20 lat wstecz. Wszystko zrobione własną myślą technologiczną, a nie przez narzucone normy i certyfikaty z unii. Targowisko praktycznie pod gołym niebem i można dostać najróżniejsze rzeczy. Ulice objeżdżają stare auta. Raz chowając się przed deszczem wszedłem do apteki. Zobaczyłem stare meble niczym z PRL-u, na których leżało może z 20 leków i… to praktycznie cały asortyment. Ogólnie cały klimat i mentalność ludzi przypominała dawną Polskę. Gdyby ktoś chciał sobie przypomnieć stare czasy w RP, to powinien wybrać się na wycieczkę do wschodnich krajów i zazna podróży w czasie.

© Damian Dukiewicz
Kachapuri 

© Damian Dukiewicz

© Jacek Łukasik
Gruziński chleb
Lokalna kuchnia słynie z wyrobów o nazwie kachapuri. Podstawę można uznać za chleb, lecz są najróżniejsze odmiany. W jednym z barów mieliśmy okazję jeść kachapuri, którego ciasto było nafaszerowane białym serem (to nie twaróg) a z góry wbite jajko z dodatkiem kostki masła. Często spotykana jest także podstawowa wersja, ciasto nafaszerowane białym serem i podane, jako pizza, bądź po prostu chleb do posiłków.

© Damian Dukiewicz
Po tygodniowym obozowaniu w Kobuleti i czekaniu na Irańską wizę w końcu trzeba było się zebrać i ruszyć dalej. Pech chciał, że przez tydzień padał deszcz, a akurat w dzień wyjazdu wyszło piękne słońce. A kilkanaście kilometrów dalej trafiliśmy na kolejnego autostopowicza z polski. 

© Damian Dukiewicz
Bydło ma kompletną swobodę 
Jeżdżąc po Gruzji nie sposób nie zauważyć swobody, jaką mają zwierzęta hodowlane. Nikogo nie rusza widok krów maszerujących środkiem drogi, bądź świnia brodząca w rowie obok trasy. Hulaj duszo, czasami krowa upatrzy sobie miejsce do odpoczynku na środku drogi i nie rusza jej trąbienie aut, to oni muszą ją ominąć. Wszędzie zobaczymy bydło, w mieście poza miastem, maszerują gdzie chcą.

© Damian Dukiewicz
Swojakie wino podane w rogu
Prawdą jest to co mówią o sobie, są bardzo gościnni. Przy każdej okazji chcą poczęstować jedzeniem, bądź winem. Z noclegiem u gospodarzy także nie mieliśmy problemu. W jednej bardzo biednej wiosce ugościł nas pewien Pan. Jego żona i córka od razu zabrały się do gotowania, a my w tym czasie mogliśmy się wykąpać i zrobić pranie. Na przywitanie poczęstował nas swojskim winem podanym w koźlim rogu. Później przyszło paru znajomych gospodarza. Mają taki zwyczaj że ze znajomymi ze szkolnej klasy, spotykają się raz w miesiącu i za każdym razem u innej osoby.

© Damian Dukiewicz
Mieliśmy okazję spróbować najróżniejsze potrawy 
 Kolejnego dnia także ugościł nas gospodarz, standardowo od razu zaprosił nas do stołu zna posiłek i na swojskie wino. Jeden z ich przysmaków to kiszone kwiatostany z drzewa, bardzo dobre. Gruzini nie używają cukru do produkcji wina. Tylko owoce, bez cukru, bez drożdży. Trochę porozmawialiśmy przy stole i zabraliśmy się za rowery. Czyszczenie napędu, zmiana łańcuchów, ja dodatkowo musiałem naprawić złamane lusterko. Dzieci gospodarza objechały na rowerze pół wioski, aby znaleźć dla mnie odpowiednią śrubę. A Jacek musiał zmienić tylną oponę na nową, z powodu dziury rozepchało ją i powstał balon. Następnie zaprosili nas na kolację i kolejne wino, tym razem z dzikiej róży, bardzo słodkie i dobre.

© Jacek Łukasik
Muzeum Stalina 

© Jacek Łukasik
Józef Stalin w młodości 

© Jacek Łukasik
Józef Stalin z matką
Zajechaliśmy do miejscowości Gori, urodził i mieszkał tu znany na cały świat Gruzin, w każdym podręczniku od historii znajduje się wzmianka o nim. Mowa o Józefie Stalinie. Mieści się tu muzeum jego imienia, w którym można zobaczyć najróżniejsze ciekawostki. Archiwalne zdjęcia, poprzez osobiste przedmioty kończąc na osobistym wagonie kolejowym, który był specjalnie dla niego przerobiony oraz dom, w którym się urodził.

© Jacek Łukasik
W tym domu narodził się Józef Stalin 
Wstęp 10 lar + 5 lar za oglądnięcie wagonu.


© Damian Dukiewicz

© Damian Dukiewicz

© Damian Dukiewicz
Nocleg na podwórku gruzina
Kierowaliśmy się w kierunku Tbilisi, tam mieliśmy wyrobić wizę do Iranu. Jako, iż była niedziela to rozbiliśmy na wis u kolejnego gospodarza. Bez żadnego „ale” od razu do stołu i wino do popicia. Wcześniej do mnie dochodziły już te myśli, ale wizyta u tego gospodarza była niczym gwóźdź do trumny. W jakiej biedzie ludzie żyją i to zaledwie 30 km od stolicy. Wodę nabierają wiadrami ze studni i przelewają do plastikowych butelek, które układają na słońcu, aby się zagrzały do wieczornej kąpieli. Wychodek na dworze nikogo już nie dziwi. Gospodarz jest na rencie, która wynosi aż 100 lar miesięcznie, tak miesięcznie dostaje 170zł na przeżycie. A jedzenie w Gruzji jest droższe niż w Polsce. Oczywiście mieszka razem z żoną i córkami, inaczej nie byłby w stanie przeżyć. I przez to mnie aż w gardle ściska jak jeszcze proponują mi jedzenie, mimo, że sami nie mają, co włożyć do garnka. Można mówić nie, ale przez to jedynie obrazimy gospodarza, gościnność Gruzinów nie przewiduje odmowy.

© Damian Dukiewicz
Woda na wieczorną kąpiel 

© Damian Dukiewicz
Instalacja gazowa, wszędzie rury są nad ziemią 
Po wizytach u gospodarzy bardzo nie spodobała mi się jedna sprawa, mianowicie to, w jaki sposób traktują kobiety. Gdy byliśmy u gospodarza, do którego przyszli znajomi ze szkoły wraz ze swoimi żonami, to sytuacja wyglądała następująco. Faceci niczym szlachta od razu zasiedli do stołu i zabrali się za pałaszowanie jedzenia, a kobiet usiadły trochę dalej na osobnej kanapie z niczym. Dopiero po godzinie kobietom, podano kawę. Jak rasowy podział, biali w lewo czarni w prawo. Nie do pomyślenia. U kolejnego gospodarza to samo, mężczyźni osobno, a kobiety nawet nie miały prawa siąść do stołu. A jak zabrakło sałatki z pomidorów, to nawet nie musiał słowa mówić, tylko groźnym wzrokiem spojrzał na talerz, a kobieta z dala już wiedziała, o co chodzi. Bardzo nie spodobał mi się ich zwyczaj.

© Damian Dukiewicz
Autostradą do Tibilisi 

© Damian Dukiewicz
Tibilisi 
Tbilisi stolica Gruzji, ze względu na góry bardzo ciężkie miasto do jazdy rowerem. Na dodatek jeszcze jest podzielone rzeką na pół. Osobiście mnie nie urzekło. Bardzo duży problem jest ze sklepami rowerowymi, a raczej ich zaopatrzeniem. Objechaliśmy 6 sklepów robiąc przy tym 30km i nie dostaliśmy szosowej opony, ani tylnego światła na dynamo, brak. Dosłownie jakby wzięli jeden rower z marketu i rozkręcili na części, tak można opisać zaopatrzenie sklepów.  

© Damian Dukiewicz
Jako, iż pani z agencji, która organizuje dla nas numer referencyjny do irańskiej wizy nie za bardzo się śpieszy (pod konsulatem spotkałem Hiszpana, który na numer czekał 1 miesiąc!!!) to musieliśmy zakotwiczyć na dłużej. 

© Jacek Łukasik

© Jacek Łukasik
Lewe zasilanie 

© Jacek Łukasik


© Jacek Łukasik
 Z dużymi miastami zawsze jest problem, gdzie. Jadąc kilometrami przez miasto na samym szczycie góry, u wylotu z miasta znaleźliśmy opuszczony zakład kamieniarski mieszczący się 5 metrów od cmentarza. Mieliśmy tam bieżącą wodę, prąd i dach nad głową, a sąsiedzi są wyjątkowo cisi. Na początku miało być kilka dni, a znowu wyszedł tydzień. W głowie się nie mieści cała ta biurokracja i problemy przy wyrabianiu wiz. Już nie chodzi o papierki, o zapłaty, ale o to, że na wszystko trzeba czekać i to nie dzień dwa, najczęściej kilka- kilkanaście dni. Dokładnie tutaj czekając na wizę pierwszy raz od technikum poczułem, jak czas naprawdę zwolnił. Zawsze leciał jak szalony, godziny upływały niczym minuty, tutaj natomiast wszystko zatrzymało się w czasie. Tyłki już bolały od siedzenia. A co gorsze nie można nigdzie dalej pojechać, bo co 2 – 3 dzień trzeba było zrobić coś z wizą. Byliśmy uwiązani. A jeżdżenie po wielkim mieście z całym bagażem to żadna przyjemność.

© Damian Dukiewicz
Cmentarz


Koczując przy cmentarzu mieliśmy okazję poznać pewnego pana, który swoją postawą tak pozytywnie nas zaskoczył, że nie wiem czy dożyję, aż ktoś go przebije. Otóż ten stary, schorowany pan zarabia na życie kopiąc groby, a że przez ostatnie 3 miesiące mało padało, to ziemia twarda niczym kamień, więc pracy nie było. Mimo tego jak zobaczył nas koczujących w starym zakładzie kamieniarskim, to chciał nam pomóc i to wielokrotnie. Chciał nas zaprosić do swojego domu, ale z góry przeprasza za to, iż 6 osób mieszka na dwóch pokojach i będzie ciasno. Mało tego, jednego dnia przyniósł nam rano warzywa chleb i kiełbasę. Widać, że musiał to specjalnie kupić. To nie wszystko, chciał podarować drobne, abyśmy następnego dnia kupili sobie chleb. Po prostu, aż serce się kraje. Widać człowiek biedny jak mysz kościelna, a za ostatni grosz chce pomóc innym, gdzie prosiliśmy wielokrotnie, aby nie robił sobie problemu. W Gruzji zaznaliśmy się w podobnej sytuacji kilka razy i teraz z pewnością mogę stwierdzić, że Gruzja to jeden z najbardziej gościnnych państw świata

© Damian Dukiewicz

© Damian Dukiewicz
Tym razem słodki chleb

© Damian Dukiewicz
I kolejny chleb

© Jacek Łukasik

© Damian Dukiewicz
Pod komisariatem policyjnym z Carlosem
 Wizy w końcu odebraliśmy, pełny okres od początku do końca trwał jedyne 22 dni. W konsulacie poznałem Hiszpana Carlosa, jako, iż podróżuje sam to postanowił się podłączyć do nas i kilka dni jechać razem z nami. Jego celem jest Iran, pojeździć po nim 2 miesiące i następnie powrócić do domu, aby uzbierać fundusze na kolejną podróż. Teraz tylko przejedziemy górzystą Armenię i w końcu wkroczymy do Iranu.

W Gruzji przejechaliśmy 635km.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz