czwartek, 15 października 2015

#68 Iran cz. 2

Kuh-E Sahand 3710m n.p.m. 


Kolejna na liście wycieczki była góra Kuh-E Sahand 3710m n.p.m.


Z Behnamem pojechaliśmy, tam oczywiście autem. Na odcinku kilku kilometrów, pogoda diametralnie się zmieniła. Z piekielnego upału w chłodny klimat. Nie wjechaliśmy na samą górę, ze względu, iż potrzebne do tego jest terenowe auto. Ale byliśmy na 3000 m n.p.m., które i tak sprawiło niesamowity efekt zarówno widoków jak i kompletnie odmiennego klimatu jak na dole. 



irański chleb
z rodziną Behnama
kolejka kabinowa


Tabriz






muzeum ręcznie robionych dywanów



kurczak z pieczonym ryżem

W Tabriz z Behmanem spędziłem 4 dni. Ugościł mnie w swoim domu, oraz oprowadził po całym mieście i jego okolicach. Wielokrotnie miewaliśmy debaty, zwłaszcza wieczorem. Przychodzili jego dwaj bracia i każda ze stron miała setki pytań typu, „A jak, to wygląda w Polsce…???” 



nocleg pod wiaduktem
tak mocny wiatr, że bez czapki się nie obeszło
żółtych melonów będzie mi brakować jak wyjadę z Iranu

Następnie udałem się prosto nad Morze Kaspijskie. Droga nie była łatwa z 2 powodów. Pierwszy, znowu zaczęły się góry. Dwa wiał diabelsko silny wiatr, oczywiście nie w plecy. Prędkość, jaką uzyskiwałem na prostej drodze to 10 km/h, starając się przy tym, aby jechać prosto. Wiatr, był tak mocny i zarazem chłodny, że musiałem nałożyć czapkę. Jechałem tak przez 3 dni, drugiej nocy rozłożyłem namiot pod wiaduktem, aby się ochronić przed wichurą. W dookoła była sama płaska pustynia. Wolę męczyć się na podjazdach górskich, albo jechać w deszczu, niż walczyć z wiatrem. Najgorsze, co może być, im szybciej chcesz jechać, tym bardziej czujesz jak cię hamuje. 





Trzeciej nocy podczas walki z wiatrem, popełniłem wielki błąd. Rozłożyłem się na piaszczystej plaży przy jeziorze. Samo jezioro także okazało się lipą (zakaz kąpieli), strasznie dziwne dno, niczym ruchome piaski. Jak zassało to nie można było wyjść, więc kąpiel była ryzykowna. Ale najgorsze wyszło na jaw rano, jak obudziłem się zasypany piaskiem wewnątrz namiotu. Tak wiało, że piasek dostawał się pod warstwę tropiku, a następnie przebijał się przez siatkę wentylacyjną, dosłownie łopatą można było wybierać. 




Dlaczego "trudno" jest się poruszać po Iranie? Wszędzie, na każdym kroku zapraszają mnie na czaj, albo aby zrobić zdjęcie. Każdy chce się przywitać, bądź zaprosić na obiad do domu. Bardzo przyjaźni ludzie. Owocuje to tym, iż ciężko w ciągu dnia przejechać nawet 60km. 


Najbardziej pozytywnie zaskoczył mnie pewien młody chłopak, miał jakieś 17 lat. Jechałem przez małe miasteczko, a ten mi wyskoczył na drogę i zaczął machać rękoma, abym się zatrzymał. Oczywiście standardowe pytania, skąd, dokąd, jak mam na imię. Zaoferował, abym poszedł z nim do jego domu zostawić rower, a on weźmie motor i obwiezie mnie po okolicy. Czemu nie, kolejna okazja na dobrą przygodę. Więc pojechaliśmy. Pokazał mi okolice, oraz jedną z plaż nad morzem. Następnie zabrał mnie do swojego nauczyciela od angielskiego. Nocowało u niego już kilku Polaków, sam chciał odwiedzić Polskę, ale nie dali mu wizy ze względu na to, iż jest kawalerem. Podczas rozmowy opowiedział mi, że 15 lat temu prawie nikt nie mówił w tym miasteczku po angielsku. Wtedy on zaczął uczyć angielskiego, ale w nietypowy sposób. Nie ważne czy rozmawia z uczniem w klasie, czy na ulicy w czasie wolnym, zawsze tylko i wyłącznie angielski. Tak samo, piszą do niego smsy, na FB oraz dzwonią, tylko w tym języku. Po kilku minutach wspólnej rozmowy zaczęli się zjeżdżać jego uczniowie. Grono się powiększało, ale wszyscy trzymali się sztywno zasady zero farsi. 

Ale wracając do młodego chłopaka, który pozytywnie mnie zaskoczył. Gdy skończyliśmy objazd motorem, wziąłem mój rower i postanowiłem jechać dalej, aby nabić trochę kilometrów. Pożegnałem się z młodym i ruszyłem. Po 2 km zaczepił mnie motocyklista i dosłownie zablokował mi drogę nakazując, abym wstąpił do baru z shiszami na czaj. Mus to mus. Spijając herbatę nagle zobaczyłem przed sobą ponownie młodego 17 latka. Specjalnie kupił paczkę smakołyków, siadł na motor i pognał za mną, aby mi ją podarować. Sam pewnie nie miał grosza przy duszy, a postanowił obdarować mnie prezentem. Dosłownie, aż mnie zatkało. 




W Iranie miałem spory problem z wymianą dolarów na lokalną walutę. A chodziło o to, że w ogóle nie było kantorów. W innych krajach na jednej ulicy można było znaleźć 20 kantorów, tutaj natomiast trzeba szukać ich ze świeczką. Podjeżdżałem od sklepu do sklepu pytając się, gdzie mogę znaleźć kantor, albo czy oni wymienią kasę. Był piątek, więc wszystko pozamykane, oraz najbliższy był w następnym mieście. Ale za to opiłem się czaju, a w sklepie projektującym łazienki poznałem świetnych chłopaków. Było ich trzech, podłączyli mnie pod Internet, dali obiad oraz ubawili do łez. Dawno już się tak nie uśmiałem jak z tą trójcą. Spędziłem z nimi może 3 godziny, a bawiliśmy się jak starzy znajomi. Jeden z nich zaskoczył mnie pytaniem: Dlaczego mu ufam? Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, zadałem sobie ponownie te pytanie. Dlaczego? Myślę, że często na początku można wyczuć, czy dana osoba jest godna zaufania, ale oczywiście stopę dystansu trzeba trzymać do każdego, nowo poznanego, jaki i starego druha. 


przerwa na herbatę

Bywały także przypadki, że ludzie zatrzymywali mnie na środku ulicy, aby obdarować jakimiś przekąskami, wypić czaj oraz zrobić wspólne zdjęcie. Po kilku powyższych przykładach, chyba wszyscy mogą zmienić zdanie, co do Iranu. Zanim wyruszyłem w podróż, większość jak słyszała, że będę jechał przez Iran, to przed oczyma od razu mieli obraz Mahometa z brodą oraz kałachem. Owszem Iran jest otoczony państwami, które są bardzo niebezpieczne, ale sami w sobie to bardzo przyjaźni ludzie, ceniący sobie spokój. Nie w głowie im ataki terrorystyczne, sami wypowiadają się na temat swoich sąsiadów dokładnie tak jak i my w Polsce. Oraz Iran aktualnie toczy wojnę z wieloma swoimi sąsiadami, między innymi Syria, Afganistan, Irak czy Pakistan. 



Następnego dnia dalej poszukiwałem kantoru, nie było to wcale łatwe. Wszyscy odpowiadali jednakowo, kantor jest dopiero w następnym mieście za 30 km. Trochę zirytowany, jeździłem od sklepu do sklepu pytając się czy ktoś mi wymieni dolary. Na wymianę nie bardzo byli chętni, ale jeden młody sprzedawca zapytał się, po co chcesz wymienić pieniądze? Trochę zszokowany głupim pytaniem, odpowiedziałem, że muszę kupić jedzenie. Nim się nie obejrzałem, siedziałem przy stole zastawionym jedzeniem oraz gorącym czajem. Dosłownie momentami z wrażenia muszę szukać szczęki na ziemi przez tych ludzi. 

Dojechałem do najzimniejszego miasta w Iranie, Ardabil. Północno-zachodni kraniec, kilkadziesiąt kilometrów od Morza Kaspijskiego. Normalnie o tej porze człowiek się wręcz roztapiał w tym upale, to w tym mieście musiałem ubrać bluzę. Nockę spędziłem w kolejnym parku, wraz z sąsiadami z innych namiotów. 

Podczas podróży miałem okazję jechać wieloma różnymi tunelami, ostatni, który zapadł mi w pamięć to tunel w Armenii. Bez oświetlenia, dziurawy asfalt, odpadające ze ścian kawałki kamieni, totalna masakra. Ale największego pietra miałem w Irańskich tunelach. Kierowcy jeżdżą jak szaleni, próbowali wyprzedzać mnie w wąskim tunelu, nie patrząc na nadjeżdżające auta z naprzeciwka. Wtedy najlepiej odjechać rowerem do środka jezdni, albo ich powstrzyma, albo nas rozjadą. Ale było coś jeszcze gorszego. Wentylacja, bądź jej brak. Większość tuneli posiada wentylację. Te w Iranie, albo ich nie miały, albo działały falernie. Jak tunel ma 100-200 m to nie ma problemu, gorzej jak trzeba jechać kilka km przez tunel, na dodatek pod górkę a w ustach czujesz nic innego jak spaliny samochodowe. Starałem się jechać jak najwięcej na bezdechu i jak najszybciej potrafiłem, aby tylko wyjechać z tego cholernego tunelu. 




rodzinka farmerów





z lewej dostanaboo oraz z prawej angin
jak widać ryż rośnie na suchym polu

Przy drodze rodzinka farmerów sprzedawała owoce. Wypatrzyłem nowe okazy, których nie jadłem, więc koniecznie chciałem spróbować. Angin – małe, bardzo dobre, oraz większe Dostanaboo – nie polecam, słabe w smaku oraz więcej skórki niż miąższu. Oczywiście nie mogło się skończyć inaczej jak zaproszeniem na czaj oraz żółtego arbuza. Obok było także ich pole, na którym rósł ryż. I co mnie zaskoczyło, pole było kompletnie suche! Czy to w filmach, czy książkach, zawsze ryż rósł w głębokiej wodzie, a tu susza. Przesiedziałem z nimi chyba ze 2 h. Chcieli abym został na noc, ale tego dnia trzeba było nabić jeszcze parę kilometrów. Pożegnali mnie jak swojego członka rodziny oraz powiedzieli, że gdybym potrzebował, ich dom stoi dla mnie otwarty. 



nocka na plaży


W końcu nastał ten dzień, dojechałem nad Morze Kaspijskie, była to miejscowość Astara, tuż przy granicy z Azerbejdżanem. Oczywiście wszędzie pełno namiotów, ulokowałem się obok jednego z nich. Sąsiedzi zaraz poczęstowali mnie czajem i owocami. Ale wracając do samego morza. Śniłem o tym, aby się w końcu w nim wykąpać, a tu jest zakaz kąpieli. Wszyscy chodzą ubrani i moczą tylko nogi przy brzegu. Hmm pomyślałem dziwna sprawa. Tablica ostrzegawcza była po persku, więc nic nie odczytałem. Obawiałem się, że to kolejny wymysł z góry i jest kompletny zakaz kąpieli w morzu, ale na szczęście było inaczej. Ta plaża jest dość specyficzna, duże fale i podwodne prądy morskie, więc kąpiel była bardzo niebezpieczna. 




Ale następnego dnia spałem ponownie na plaży i tym razem w końcu zanurzyłem się w morzu. Przyznam, że jest to chyba najlepsze morze, w jakim miałem okazję kąpać. Dno czyściutkie, woda przezroczysta. Jeszcze nigdy nie miałem okazji kąpać się w zbiorniku wodnym z tak ciepłą wodą. Ale muszę się jednym pochwalić, jako, iż jestem turystą nie chcieli ode mnie pieniędzy za wejście na żadnej z plaż! Tego dnia dosłownie przegięli z "wazeliną". Gościnność gościnnością, ale wszystko ma swoje granice. Zawitałem na plaże, wejście za free, kieruję się w stronę morza, aby się wykąpać. A tu podjeżdża ratownik na motorze, i oznajmia mi, że w tym miejscu nie mogę się kąpać. Cholera, myślę sobie znowu jakiś chory zakaz. Jako, że nie mówił po angielsku to nie mogliśmy się dogadać. Ale w końcu uległem i poszedłem za nim, do miejsca, w którym mogłem się wykąpać. Następnie przyszedł policjant morski, chciał zapewnić mnie, że jestem bezpieczny, zapytać czy wszystko ok, albo czy czegoś mi nie brakuje. Ten i każdy następny, których opisze tak samo ani słowa po angielsku. Trzecią osoba, która podeszła, chciała się przywitać oraz zapewnić mnie, że nic mi tu nie grozi był kolejny ratownik. Potem poszło jak seria z karabinu kolejny policjant, kolejny ratownik, następnie komendant policji, szef ratowników i na koniec specjalnie ściągnęli właściciela ośrodka. Każdy w tym samym celu i nikt nie potrafił wydusić z siebie słowa po angielsku. Istna katorga, chyba przez 3h się tak schodzili i zawracali gitarę. W końcu schowałem się w namiocie, ale to i tak nie pomogło. Kolejnym wrzodem okazał się pracownik ośrodka. Oczywiście bez angielskiego, ale koniecznie chciał ze mną porozmawiać, ponad godzinę produkował się z translatorem, a na koniec bardzo chciał mój numer telefonu. Normalnie bym nie dał, ale teraz miałem irańską kartę SIM, którą i tak wyrzucę. Więc szybciej było mu dać numer, zamiast produkować się, dlaczego nie chcę. W końcu spasowali, było już ciemno a gość honorowy był wykończony. Rano na pobudkę kolejna seria ratownik, policjant, ratownik, pracownik ośrodka, policjant i znowu pracownik. Nie wytrzymałem i w biegu spakowałem wszystko i uciekłem stamtąd jak błyskawica. Lecz dalej nie uzyskałem spokoju ducha, pracownik ośrodka, który wziął mój numer wydzwaniał do mnie po kilka razy dziennie nawijając po persku. Nie mam pojęcia, o co temu gościowi chodziło. 


za kurtyną chowa się kąpielisko
jak widać kobiety kąpią się w całym ubiorze

Jedna rzecz, jaka mnie irytowała w tej plaży, to miejsce gdzie można się kąpać. Dosłownie szedłem 150m a wody po pas. Pójdziesz dalej, albo w bok to od razu najazd ratowników. Masakra, jak w basenie dla niemowlaków. Myślę, że większość Irańczyków nie potrafi pływać. Nie posiadają jezior, basenów za wiele nie widziałem, do morza ma dostęp mała część kraju. Więc chyba to było powodem tej nadopiekuńczości. Towarzystwo też nie było takie jak można spotkać w Europie. Kobiety kapały się w ubraniach, nic nie ściągały, część mężczyzn tak samo w opakowaniu do wody… 





budka w której można się rozłożyć z kocem i zjeść posiłek


Ostatni dzień nad Morzem Kaspijskim w miejscowości Chalus. Czas się zbierać i ruszać w kierunku Teheranu, aby aplikować o wizę do Turkmenistanu, Chin oraz przedłużyć irańską. Droga prowadziła, przez pas gór, który musiałem pokonać. Wielu mówiło mi, że jest bardzo piękna i nie mylili się. 


droga Chalus - Teheran









2665m n.p.m. 

Trochę odpocząłem od ciężkich podjazdów, to i nastawienie psychiczne było bardzo pozytywne. Calutki dzień podjeżdżałem pod górę, sam podjazd miał 70km długości. Zaowocowało to nowym rekordem wysokości, na którą wjechałem rowerem 2665m n.p.m. Droga była makabrycznie męcząca, ale widoki, jakie oferowała… człowiek zapominał o wszystkich niedogodnościach i nie może się nacieszyć tym pięknem natury. Po drodze ludzie często dopingowali mnie, oraz dawali owoce i wodę. I to jest to, człowiek wjeżdża na szczyt kilka godzin, a w nagrodę dostaje kilkudziesięciu km zjazd w dół, który z zawrotną prędkością kończy się po godzinie. Ale także kolejny rekord prędkości ustanowiony 83,86km/h!



zapora wodna











nocka za wielką anteną przy drodze

Jako, iż nie musiałem pedałować, to jechałem przed siebie na luzie szukając miejsca na nocleg. Mijałem wiele świetnych miejsc, zwłaszcza jedno było kapitalne przy samej rzece, ale… Tak to jest jeden z największych minusów podróży rowerem, rozmiar i waga. Wystarczy mała barierka, mały płotek i jestem uziemiony, nie przejdę z całym majdanem. Oczywiście mógłbym ściągać wszystkie bagaże, przerzucić na drugą stronę, znowu wszystko ubrać… To już wiecie. I właśnie raz na jakiś czas trafi się taki dzień jak teraz. Jesteś wykończony, marzysz tylko o tym, aby się położyć, mijasz piękne, ale niedostępne miejsca i tak jedziesz kilometr za kilometrem, godzina za godziną. Nie ma gdzie się rozbić. Takie sytuacje najczęściej wypadają w górach, ze względu na to, iż jedna strona to pionowa ściana góry, a druga strona to urwisty spad w dół. Jako, iż miałem kompletnie dość na ten dzień, to rozbiłem się 5m od drogi za dużą anteną. Miejscówka była beznadziejna, ale miałem to gdzieś, będzie, co ma być. Oczywiście w nocy i nad ranem nie zabrakło ciekawskich, co chcieli sprawdzić, co to za namiot, ale obyło się bez problemów. Obok anteny było zejście nad rzekę, ale bardzo strome i wysokie, więc po raz kolejny nie dla mojego rumaka. 



Teheran
Khayyam House



Nastąpił ten dzień, dzisiaj wjeżdżam do Teheranu, stolicy Iranu. Kolejny moloch na mojej drodze. Jako, iż po 11 byłem już w mieście, postanowiłem udać się do polskiej ambasady po pismo, poparcie wizowe dla chińskiej ambasady. Konsula nie było, proszę wrócić następnego dnia. 
Wcześniej na FB napisał do mnie jeden gość z polski Pako. Podał mi namiary na miejscówkę noclegową z Couchsurfingu. Zadzwoniłem do właściciela – Reza z serdecznym hallo w słuchawce zapraszał do siebie. Miejsce, w którym się znalazłem to Khayyam House, na pewno nie tuzinkowe, otóż od lat odwiedzają je turyści i podróżnicy z całego świata. Każdy po sobie coś zostawia, przez co jest tu niesamowity klimat. Każdy skrawek ściany jest oklejony plakatami, kartkami, zdjęciami i innymi cudami z całego świata. Oczywiście nie jest to miejsce idealne. Jako, iż jest w pełni darmowe, to nikt tu nie sprząta, więc jest tu delikatnie mówiąc syf. Łazienka wraz z kuchnią obleśna, a karaluchy wielkości telefonu biegają wszędzie, ale czy to ważne? Jest woda ciepła, zimna, mam prąd, jest ciepło, sucho, są łóżka, sprzęt do muzyki i stół do ping-ponga. Oraz mega pozytywna aura tego miejsca i ludzi tu przyjeżdżających. Praktycznie każdego dnia przyjeżdża ktoś nowy, a stary odjeżdża. Nie jest to miejsce dla każdego, ale jak ktoś pożyje trochę w dziczy, to lista priorytetów znacznie się zmienia i wygląda nieco inaczej, niż u normalnej osoby. 


jedna z widokówek w Khayyam House

Drugi dzień w Teheranie, niedziela. Plan następujący, najpierw ambasada polska, następnie turkmeńska i na koniec chińska. Każda oddalona od siebie o dobre kilka km, a jazda po zatłoczonym molochu, który zbudowano na pochyłym terenie nie należy do najprzyjemniejszych. Jestem u rodaków Polaków. Miałem być o 8:00, ale spóźniłem się 20min, nie problem, bo konsul spóźnił się całą godzinę. Po 20min otrzymałem list rekomendujący, który użyję w chińskiej ambasadzie. Dobra czas na lokalizację drugą. Ambasada turkmeńska. Zapukałem do okienka, wypełniłem wszystko i złożyłem aplikację, wiza do odbioru w Mashad. Czytałem, że ostatnio odrzucają sporo aplikacji, pod ambasadą stała grupka osób, która wręcz czerwona ze zdenerwowania debatowała, dlaczego nie dostali wizy. Dokładniej opiszę wszystko w osobnym poście o wizach. Czas na ostatnie miejsce, ambasada chińska. Tu mi dowalili i to ostro. Dosłownie 2 tygodnie wcześniej znajomi odebrali w tej ambasadzie wizy bez problemu, a ja natomiast usłyszałem taką wiadomość. „W tym miesiącu nie wydajemy wiz obywatelom innych krajów jak Iran, proszę wrócić w przyszłym miesiącu, 1 września”. Kurwa, znowu problem z tymi chorymi wizami. Dosłownie mało nie eksplodowałem z nerwów, ponieważ w pierwszym tygodniu nowego miesiąca miałem opuścić Iran. A z Teheranu do granicy jest 1050km, więc nie ma mowy, abym wyrobił wizę w tej ambasadzie. Tak się składa, że w Iranie jest tylko ta jedna ambasada. Uzbekistan odpada ze względu na zaplanowane dni wizy, zostaje Biszkek w Kirgizji, ale znowu od granicy chińskiej jest masa kilometrów. Kolejny problem, to zawiła procedura wizowa, a najgorsze jest to, że dni z wizy ubywają od momentu dostania paszportu do ręki. Więc kompletnie mija się z celem. Znowu wysyłka paszportu do polskiej agencji… ryzykowna i kosztowna. Kolejny problem z kolejną wizą! 



zupa z baraniej głowy
kalapaczki, danie z baraniej głowy, włącznie z mózgiem


Pouria, kolega z Khayyam House mówi do mnie: 


-Dawaj Damian, jedziemy coś zjeść, mam coś specjalnego! 

-Gdzie? Co? Co to jest? 

-Dojedziemy zobaczysz, jest to nasz narodowy przysmak. 

-… ok, jedziemy. 

Dojechaliśmy rowerami do lokalu, jeszcze nie zdążyłem zajrzeć do garów, co tam mają, a już mnie odrzucił ten charakterystyczny smród. Okazało się, że na kolację zjemy zupę z baraniej głowy. Tak cała głowa ze wszystkim wrzucona do gara. Ogólnie nie przepadam za podrobami, ale jak jestem bardzo, bardzo głodny to zjem wszystko. Najpierw podali zupę, trochę po siorbałem i oddałem dla Pourii, smak nie w moim guście. Czas na danie drugie. Mięso z baraniej głowy, policzki, ścięgna plus inne cuda, a na deser barani mózg. Psychicznie czułem małe odrzucenie od tego dania, ale bardziej zniechęcał mnie smród tego mięsa. No, ale trzeba spróbować, w końcu po coś się przejechało te kilometry. Urwałem kawałek chleba, nałożyłem mięsa z mózgiem i wziąłem kęsa. Gryzę, miętolę i czuję ten ohydny smak w ustach, ale najgorsze było jak rozgryzłem mózg. Dosłownie się rozbryzg w moich ustach. Smak oczywiście najgorszy, jaki miałem okazję w życiu doświadczyć, a cała breja była na tyle klejąca, że nie szło tego połknąć, istna mordoklejka. Blee, 3 dni za mną chodził ten ohydny smak. Resztę dania zjadł oczywiście Pouria. Normalnie można by pomyśleć, że te mięso było zepsute, albo źle przyrządzone, ale jak 5 innych gości objadało się ze smakiem daniem z tego samego gara… 


nagrywanie filmu o Khayyam House
ostatnie ujęcia były o 4 nad ranem

Reza, właściciel miejscówki, w której przesiadywałem poprosił mnie, abym wystąpił w filmie, który kręcą na temat Khayyam House. Hmm pomyślałem, czemu nie, kolejne doświadczenie. Przyjechały dwie piękne Iranki, które wszystkim zarządzały. Zaczęliśmy nagrywać materiał po południu. Scena w środku przy stole, scena w namiocie, ujęcie z innej strony, nagranie dźwięku i tak cały czas. Nie znam dokładnie całego scenariusza, ale wiem, że ten film ma przedstawiać ideę tego miejsca, oraz ludzi, którzy tu przyjeżdżają. Tego dnia byłem potwornie zmęczony, przez ostatnie 3 dni spałem kilka godzin, a zdjęcia ciągnęły się w nieskończoność. Dokładnie do 4 rano. Na dworze kręciliśmy jeszcze ostatnie ujęcia jak samotny podróżnik rowerowy w nocy zawitał do Khayyam House. Po zmontowaniu filmu mają mi go przesłać, a wtedy na pewno zmieszczę go na blogu. W samym Iranie film będzie opublikowany dopiero za 3 lata, ze względu na to, iż oficjalnie nie mogą przyjmować turystów na noc. 





"cowcar"
Jako, iż w Teheranie nie mam za bardzo, co do roboty, postanowiłem pojechać autobusem do Hamadanu, aby zobaczyć trzecią, co do wielkości jaskinię Alisadr. O 22 wyjechałem autobusem z Teheranu i po 5 godzinach byłem na miejscu. Dokładnie na pustkowiu o 3 rano. Kierowca nie powiedział, że jesteśmy na miejscu, zorientowałem się dopiero jak włączyłem nawigację, a byliśmy już sporo za miastem w złym kierunku. Wysiadłem i zacząłem się cofać, aby wjechać na właściwą trasę. Przy rondzie zobaczyłem sklep, podjechał tam też pickup z 3 gośćmi. Zaraz gadka, postawili mi czaj i zaproponowali, że podwiozą mnie w kierunku jaskini. Normalnie bym odmówił, ale jako iż ta atrakcja jest kompletnie poza trasą mojej wyprawy, a czasu miałem niewiele to skorzystałem z propozycji. Podwieźli mnie kilka km za miasto, wysadzili na drodze prowadzącej prosto do jaskini, około 60km. Na pożegnanie kilka fotek i w drogę. Lubię jeździć w nocy. Jest mniejszy ruch, całkiem inny klimat i ta cisza. Ale nie tym razem. Byłem tak zmęczony, głodny, że jazda w ogóle mi nie szła. Tortura bez końca. Jestem 20km przed jaskinią, było już jasno a ja prowadziłem rower, bo nie miałem sił jechać. Zły dzień...



podróż z Ahmedem

Zatrzymał się stary samochód z pewnym gościem. Tak, ten do normalnych na pewno nie należał. Nazywał się Ahmed, nauczyciel ze szkoły podstawowej (tak zrozumiałem). Z gościem spędziłem prawie cały dzień. On po angielsku znał może z 10 słów, a ja po persku 2x mniej. Zapytał się gdzie jadę, odparłem, że jaskinia Alisadr. Z dużym uśmiechem zaproponował mi podwózkę pod jaskinię. Jako, iż jego bagażnik nie był za duży, to połowa roweru przywiązana sznurkiem wystawała za auto. Wsiedliśmy i jedziemy, po 5 sekundach od razu zasnąłem. Obudziłem się prawie pod jaskinią. Standardowa rozmowa, jak się nazywasz? Skąd jesteś? Bla bla? Od początku ten gość wydał mi się podejrzany, ale byłem tak zmęczony, że był moją jedyną deską ratunku. Zaprowadził mnie pod kasę, była godzina 6:30 a już czekało tam z 20 osób. Ahmed stał ze mną w kolejce i także kupił sobie bilet, powiedział, że idzie ze mną do jaskini. 



jaskinia Alisadr



















Wtrącę iż, jeżeli chcemy zwiedzić jakiś obiekt, to przy kupnie biletów zobaczymy dwie ceny. Jedna dla Irańczyków, druga kilkukrotnie większa dla turystów. Za bilet zapłaciłem 25$. Przyznam, że cały plac przed wejściem do jaskini trochę mnie zraził, właściwie wejście do jaskini jeszcze bardziej. Ponieważ nie było otworu w skale, w który wchodzimy, lecz postawiono tam wielki nowoczesny budynek. Tak, więc wchodzisz do budynku i zaraz znajdujesz się w jaskini, lipa straszna. Rower plus bagaże zostawiłem przy schowkach, wzięliśmy kamizeli ratunkowe i poszliśmy do środka. Każdy, kto mi opowiadał o tej jaskini, to wspominał, ze jest ona ogromna (w końcu 3 największa na świecie), a wewnątrz znajduje się wielkie jezioro. Hmm nie wiem, co oni musieli jarać, ale towar był widocznie dobry. Dobra, nie było to, czego oczekiwałem, ale mimo wszystko mordeczka mi się cieszyła przez cały czas pobytu wewnątrz. Najpierw mieliśmy wsiąść do łódek związanych, jedna za drugą. Koleś jak zobaczył mnie w sportowym wdzianku, to od razu wpakował mnie do rowerka, abym pedałował, ale trafił na zły dzień… Pływaliśmy wąskimi korytarzami po jaskini, co pewien czas wysiadając z łódek i maszerując pieszo, aby zaraz znowu wsiąść do kolejnej. Liczyłem na typowo naturalną atrakcję, ale trafiłem na jaskiniowy Disneyland. Mimo wszystko polecam, naprawdę piękne widoki, wewnątrz, które zapadną w pamięci na zawsze. 


wodospad w Hamadan

Całą trasę w jaskini podróżował ze mną Ahmed. Po Wyjściu z jaskini, pytał się, co teraz, co zamierzam. Powiedziałem, że chcę wrócić do Hamadanu. Ten od razu ponownie zaoferował się, że mnie tam zawiezie. I się zaczęło. Koleś kompletnie szurnięty, ciągle śpiewał jakieś teksty chyba wzięte z bajek, wydawał jakieś dziwne dźwięki, ale to nie było najgorsze. Dosłownie po kilka razy na minutę się pytał Hamadan ok? Yes? Lahestan ok? Yes? Iran ok, ok? Za 15 sekund znowu powtórka, a raz na kilka minut śpiewał coś ala „Hama hama hamadabanama hama hama, hu hu!!!” I tak przez 4 godziny w kółko!!! W Hamadanie chciałem się go pozbyć, ale powiedział, że pokaże mi kilka miejsc. Podjechaliśmy tu i tam i w końcu nastał moment, gdzie dojechaliśmy do parku. Tu miałem zostać, a on miał jechać na godzinę do domu. Później miał wrócić i zawieźć mnie do Kurdystanu, który chciałem bardzo zobaczyć. Rozłożyłem się w parku i zasnąłem na prawie 4h. W tym czasie Ahmed czubek dalej się nie pojawił. Stwierdziłem, że raczej nie wróci, więc zmarnowany, bez sił i chęci do czegokolwiek poszedłem kupić coś na kolację. 



Eshan, Ghazeleh i reszta rodzinki

I to właśnie najbardziej mi się podoba w podróżowaniu. Czasami myślisz, że już prawie koniec dnia, nic się nie wydarzy, a tu nagle kogoś poznajesz i cały plan w pozytywnym znaczeniu wywraca się do góry nogami. Stałem przy budce z kanapkami i podszedł do mnie Eshan z Ghazeleh i resztą rodzinki. Była to grupka młodych bardzo pozytywnych ludzi. Na stałe mieszkają w Teheranie, ale akurat wpadli do Hamadan. Zaraz zaczęliśmy debatować o planach i postanowiliśmy razem pojechać do Baba Taher Square park. Miejsce o tyle ciekawe, iż codziennie przez cały rok, o wyznaczonej przez siebie porze, przylatuje tu horda ptaków. Najpierw krążą widowiskowo na niebie, nadlatując falami. Trochę pogadaliśmy, porobiliśmy fotek. Okazało się, że Eshan jest profesjonalnym fotografem, z górnej półki. Pokazał mi swoje fotki i dosłownie szczęka mi opadła. 



W międzyczasie zaczął wydzwaniać Ahmed czubek. Oczywiście nic nie rozumiałem, bo mówił po persku, więc telefon dałem dla Eshana. Porozmawiał z nim i okazało się, że Ahmed żąda ode mnie pieniędzy za dzisiejszy dzień. Gdzie 3x się pytałem go czy chce, wyciągałem portfel i dawałem mu gotówkę, to nie chciał przyjąć. A tu nagle żąda pieniędzy… Nie ma mowy. Za dzień spędzony z tym czubem, to ja powinienem dostać pieniądze. Grupa postanowiła, że trzeba uciekać, dokładnie ja, ponieważ Ahmed czubek był w pobliżu. Eshan zaznaczył mi na mapie punkt, do którego mam niezwłocznie jechać rowerem, a oni do mnie dołączą. Tak zrobiliśmy i plan się udał, pozbyliśmy się czubka. 


miasto Hamadan nocą z wysokości 2700 m n.p.m.

Ale to nie koniec wrażeń na ten długi dzień, najlepsze dopiero na koniec. Postanowiliśmy, że w nocy grupą idziemy zdobyć szczyt góry Alavand. Udaliśmy się do mieszkania, aby zostawić mój sprzęt, oraz wszyscy musieli się przebrać i przeorganizować. Kupiliśmy po drodze prowiant i o godzinie 22:30 byliśmy już na miejscu startu naszej nocnej eskapady. Było nas łącznie 5 osób. Wszystkim podobał się klimat maszerowania przy świetle księżyca. Po drodze mijaliśmy masę ludzi, którzy schodzili, bądź wchodzili jak my. Jedna grupa szła nawet z niemowlakiem na rękach, co uważam za kompletną głupotę. Jak byliśmy u podnóża schroniska, to zobaczyłem jeden z najpiękniejszych widoków w moim życiu. Miasto Hamadan nocą z wysokości 2700m n.p.m. Na zdjęciu za bardzo tego nie wiać, ale te miasto ma bardzo charakterystyczny kształt, jest okrągłe, wewnątrz widać różne rozmiary kręgów, które nocą wyglądały kapitalnie. Na sam szczyt nie doszliśmy, ponieważ część grupy była zmęczona, a żona Eshana miała kompletnie nieodpowiedni ubiór, więc postanowiliśmy wrócić. Ta nocna przechadzka była kapitalna, jedno z najlepszych przeżyć w moim życiu. Wróciliśmy do domu i wszyscy spali jak zabici. 



Do Teheranu planowałem wrócić dopiero za 5 dni, ale cała grupa wracała do domu w tym samym mieście, więc się ugadaliśmy, że także wrócę i na miejscu pokażą mi trochę atrakcji. Eshan dosłownie nie przestawał mnie zaskakiwać, doprowadził mnie na terminal skąd odjeżdżały autobusy, kupił mi bilet, opłacił przewóz roweru oraz kupił prowiant na drogę. O odmowie nawet nie chciał słyszeć. Bardzo pozytywny człowiek.

Wróciłem do stolicy Iranu, jako, iż kilka dni minęło postanowiłem udać się do ambasady Turkmeńskiej i zapytać o wizę, oraz do chińskiej czy coś się zmieniło. W ambasadzie turkmeńskiej niestety odmówili mi wizy, bez powodu, tak po prostu. Co śmieszniejsze, tydzień później w Khayyam House pomagałem jednemu francuzowi ogarnąć papierologię niezbędną do wizy, wszystko miał tak samo wypełnione jak u mnie, tak on dostał wizę… A ambasadzie chińskiej nic się nie zmieniło, zapraszamy 1 września. Przyznam, że odmowa trochę mnie podłamała, ale jak siadłem i na spokojnie wszystko przeanalizowałem to wyjdzie na dobre, będę miał czas zrobić wizę chińską. O ile znowu czegoś nie wymyślą.

Mam dwa wyjścia: 

1. Dostaję wizę chińską, biorę samolot i lecę do Uzbekistanu 

2. Nie dostanę wizy chińskiej, biorę samolot i lecę prosto do Tajlandii 

Nie zostaje mi nic innego jak w międzyczasie przedłużyć wizę irańską i czekać do 1 września.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz