sobota, 19 września 2015

#65 Armenia


Fotka tym razem bez nas
No i jesteśmy w Armenii, tym razem granicę przekroczyliśmy we trzech, był z nami Carlos. Dawniej tak samo jak w Gruzji był wymóg robienia zdjęcia twarzy na granicy, ale również w Armenii  znieśli ten przepis. Jest to kolejny biedny kraj położony na naszej trasie, za to bardzo piękny. 90% stanowią góry, a po ulicach pędzą auta marki Łada. 

armeńskie dramy

armeńskie dramy

Carlos
Jako, iż Carlos raz już objechał część Gruzji i Armenii czekając miesiąc na numer referencyjny do Irańskiej wizy, to znał już nieco teren i ludzi. Zaprowadził nas do swoich znajomych, dwóch polek aktualnie mieszkających w Armenii. Pozwoliły zostać u siebie w domu na noc, więc wtargaliśmy nasze 3 rumaki pełne bagaży po schodach na 4. piętro. 



Z ekipą rowerową „Raketa”
Jadąc przez ten piękny kraj spotkaliśmy grupę czterech rowerzystów. Przedstawiciele Słoweńskiego klubu „Raketa”. Do Armenii przylecieli samolotem, aby drogę powrotną do domu pokonać wspólnie na rowerach. Tak się składa, że również są zaangażowanymi dawcami krwi.



Przyszedł moment, w którym zaczęły się góry. Pierwsze wzniesienia nie były, aż tak tragiczne, 1333m n.p.m. przyszły bez większego zmęczenia. Ciało powoli zaczynało się oswajać ze zmianą wysokości. Co pewien czas trzeba było wyrównywać ciśnienie w uszach, poprzez wydmuchanie powietrza w zatkany nos. 


Dojechaliśmy do miasta Vandazor. Tu zakończyła się nasza wspólna przygoda z Carlosem, pojechał dalej w kierunku Iranu, a my zostaliśmy w mieście ze względu na złe samopoczucie Jacka oraz, aby przygotować się do wyrobienia kolejnej wizy - Turkmeńskiej.

A propos przygotowań do wizy, musieliśmy wykonać kolorowe ksero wizy uzbeckiej oraz irańskiej, jest to jeden z wymogów postawionych przez Turkmenistan. Problem był tego typu, iż w Armenii jest zakaz kserowania dokumentów zawierających pieczątki. Po długiej dyskusji pracownik postanowił nam pomóc i skserował nam wizy na kolorowo. 

jeden z noclegów z starej altance

oczywiście drzwi zabezpieczone "alarmem" przed wtargnięciem nieproszonych gości

 często w mieście brakuje wody, więc zawczasu jest przygotowany kubeł z wodą

Tego dnia Jacek poszedł do hotelu, a ja sam pomaszerowałem jak najdalej od centrum, aby znaleźć miejscówkę na nocleg. Trochę szukania i miejscówka idealna, opuszczona chatka. Wlazłem do środka, namiot zmieścił się idealnie wraz z rowerem. Aby nikt w nocy nie wszedł do środka, drzwi zastawiłem metalową płytą, jakby upadła to każdego zbudzi. Ostatnie noce miałem trochę zarwane, nie sypiałem dobrze, za to w tej chatce wyspałem się za wszystkie czasy.


  w Armenii nie ma sygnalizacji świetlnej dla pieszych


Nadszedł czas, aby udać się do fryzjera. Jeden plus takiej fryzury to brak konieczności noszenia czapki przeciw słońcu, ale uczesanie, bądź mycie w trasie to już inna para kaloszy. Fryzjer posiadał chyba 20 letnią maszynkę, na kabel elektryczny i wymienne masywne ostrza, które były bardzo tępe. Co do długości i fryzury oczywiście się nie dogadaliśmy, za to skasował jedynie 8zł. 





 wszystkie auta są przerobione na instalację gazową

wraki aut leżą wszędzie, od osobowych po ciężarowe
Wyruszyliśmy z miasta i udaliśmy się w kierunku jeziora Sevan mieszczącego się na wysokości 2000m n.p.m. Tego dnia (26.07.2015) było akurat święto Armeńskie, coś na zasadzenie naszego śmigus dyngus. Ludzie biegali z wiadrami wody i pistoletami oblewając się nawzajem. Podczas gdy udzielałem wywiadu miejscowej reporterce, Jackowi oberwało się z wiadra wody. Nie za bardzo mu się spodobało, więc jak odjeżdżaliśmy to na pożegnanie dostał jeszcze drugie na ochłodę :)




Podjeżdżam pod kolejną kolosalną górę, słońce smali niemiłosiernie, człowiek zmęczony, spocony a tu nagle nie wiadomo skąd zwala się chmura much. Atakują z każdej strony, próbując wlecieć w każdą możliwą dziurę w głowie. Co najdziwniejsze niektóre były na tyle agresywne, że rozpędzały się i po prostu uderzały w moją głowę, odbijały się i kolejna runda. Najgorsze jest to, że jedzie się pod górkę, wiec nie ma szans depnąć w pedały i je zgubić. Trzeba było przybrać inną technikę, jazda była prawie nie możliwa. Na poboczu pewien koleś sprzedawał kukurydze, więc zsiadłem z roweru i pobiegłem w jego kierunku, jak dostrzegł chmarę atakujących mnie much to zdjął kapelusz i zaczął je odganiać. Na szczęście mój niecny plan się powiódł i muchy uczepiły się teraz tego kolesia, a ja mając spokój pojechałem dalej.


jezioro Saven 2000m n.p.m.
Dojechaliśmy do jeziora, ludzi masa, jak nad morzem bałtyckim w środku lata. Udało się znaleźć ciekawą miejscówkę kilka metrów od wody, wiec zapchaliśmy rowery i tam rozbiliśmy obóz. Zawsze jest ten sam schemat, atrakcja, której najbardziej oczekuję, okazuje się kompletną klapą, a to, o czym nawet nie wiedziałem, jest największą atrakcją. Tak samo było z jeziorem, zimne, brudne, a co gorsza dno wyłożone wielkimi głazami. Jak wszedłem i woda sięgała mi do pasa, to chciałem szybko się zanurzyć, więc dałem nura, na szczęście ręce miałem wyprostowane przed siebie, to zdążyłem uniknąć zderzenia z wielką płytą betonową, której nie było widać z nad powierzchni wody. Trochę się zawiodłem tym jeziorem… 


punkt widokowy

W dzień jest upalnie, za to w nocy temperatura drastycznie spada na tej wysokości i da się odczuć chłód. Chociaż nie było tragedii jak na mojej pierwszej wyprawie w Alpach, że musiałem sikać do butelki, którą następnie wsadzałem pomiędzy nogi, aby się dogrzać. Z rana lekki chłodek, a przed południem znowu ciepłe słoneczko.

Tego dnia z rana nastąpił moment, który był już tylko kwestią czasu, było to nieuniknione. Nasza dwójka się rozdzieliła, koniec wspólnej wyprawy. Aby się nie powtarzać, skopiuje to, co napisałem na Facebooku:

„Pewnie, co niektórzy już zauważyli po zdjęciach, że od kilku dni jadę sam, bez Jacka. Problem z nami był taki, że gorzej już dobrać się nie mogliśmy. Mimo, iż przed wyjazdem wszystko wydawało się ok. Problemy nie pojawiły się z czasem, otóż istniały już od pierwszego tygodnia wyprawy, ba zwłaszcza jeden i największy istniał jeszcze zanim wyruszyliśmy... Ale po prostu nie zostałem o nim poinformowany. Sprzeczki i kłótnie były prawie, że na porządku dziennym. I mimo to, iż jak powiedziałem w wywiadzie dla TV HTŚ, że nawet jak będą zgrzyty, to trzeba będzie z nimi walczyć, przykładowo jeden rozkłada się z namiotem z dala od drugiego. To też już było przerabiane... Po prawie 3 miesiącach użerania się między sobą w końcu trzeba było podjąć decyzję.

"Jestem oazą spokoju. Pierdolonym kurwa wyciszonym kwiatem lotosu na zajebiście spokojnej tafli jebanego jeziora. Jestem wręcz jak jebany wagon pełen pierdolonych medytujących tybetańskich mnichów."


Tym słynnym cytatem opiszę swój stan ducha po tych 3 miesiącach. Nie wiem czy Jacek jedzie dalej sam, czy wraca do domu. Mimo to życzę mu szerokiej drogi i wiatru w plecy. W moim przypadku plan nie ulega zmianie - Filipiny nadjeżdżam!”


jedna z mobilnych chatek

kumple od ciastek :)

Akurat rozpoczął się sezon na jabłka i wiśnie. Po drodze zaczepił mnie taksówkarz i zaprowadzić do miejsca gdzie były pełne drzewa tych owoców. Najadłem się jak prosiaczek. Kilka kilometrów dalej spotkałem rowerzystę, z daleka już poznałem sakwy Crosso, ha pewnie Polak. Okazało się, że był nim Artur, nauczyciel polskiego z Suwałk. Po dłuższej jeździe trochę brakowało mu rozmowy w ojczystym języku.


Zatrzymałem się na polance, aby podziwiać widoki oraz uzupełnić wpisy w moim notatniku, ale zaraz wypatrzyła mnie dwójka dzieciaków. Skradali się z 10min, ale w końcu zebrali się i podeszli do mnie. Troszkę po angielsku, troszkę po rosyjsku i coś tam pogadaliśmy. W międzyczasie objedli mnie z wafelków, następnie wyruszyłem dalej. Jak komuś wspomnę, że jestem z Polski to pierwsze, co im przychodzi na myśl to Lewandowski.

każdemu rowerzyście na widok tego znaku pojawia się wielki banan na twarzy :)

prezent od dwóch Ormian

Jadąc dalej trafiłem na życiodajny wodopój, na szczęście w Armenii ich nie brakuje, a dzięki temu mamy pod dostatkiem świeżej i zimnej wody. Tuż przy nim stało dwóch mężczyzn, około 40 lat i objadali się żeberkami z barana. Długo nie trzeba było czekać i zaraz ruszyła fala pytań w moim kierunku, skąd, dokąd, ile kilometrów. Poczęstowali mnie jedzeniem i zaczęliśmy gawędzić. Mój rosyjski nie jest za super, wręcz bardzo słaby, ale nie było większych trudności pogadać na najróżniejsze tematy. Jeden z nich zadał mi pytanie:

-To ile ci płacą za to jeżdżenie?

-Nic, to jest moje hobby nie praca.

-Jak to nic? Hobby? Muszą coś ci płacić.

-Wyprawę opłacam z mojej kieszeni, nikt mi za to nie płaci.

I wielkie zdziwienie na ich twarzach, nie mogli pojąc tego, że za własne pieniądze przemierzam świat na rowerze, na dodatek przy tym się męcząc i pocąc. Miny trochę im zrzedły, kazali mi zabrać całe jedzenie, jakie mieli, abym miał dużo sił na kolejne kilometry.

I się doigrałem, jak miałem długie włosy to cały czas jeździłem bez nakrycia głowy, ale jak w końcu fryzjer zgolił mnie prawie na zero, to przypiekło. Cały dzień na słońcu, a wieczorem nie mogłem zasnąć, tak mnie piekła moja opalona głowa, I tak przez kolejne 3 dni. Od tamtej pory jeżdżę w kasku, chroni przed słońcem i jest bezpieczniej.




Trafiłem na miejsce, którego brakowało mi od początku wyprawy, piękne widoki gór. Rower prowadziłem przez pastwiska, aby dostać się do urwiska. Ze względu na to, że wiało diabelnie mocno to namiot rozłożyłem na półce skalnej poniżej. Do wieczora łaziłem po urwiskach, bądź leżałem i nie mogłem oczu nacieszyć pięknymi widokami. Najpiękniejszy dzień z całej wyprawy.
 


Zaczęła się walka z górami, upałem i brakiem sklepów i tak przez kolejne 6 dni. Codziennie wspinałem się na wysokość 2400m n.p.m., później był zjazd w dół i znowu wspinaczka. Każdego kolejnego dnia było jeszcze wyżej i bardziej gorąco. Każda miejscowość, jaką miałem oznaczoną na mapie to bardzo mała wioseczka, najczęściej bez sklepu, jak już był to niewielki wybór produktów. Każdego dnia toczyłem tę samą walkę, z dnia na dzień było coraz ciężej, a ja miałem coraz mniej sił. Ponieważ bardzo ciągnęło mnie do Iranu, a w Armenii zostało niecałe 200km to jednego dnia postanowiłem trochę podkręcić tępo i nabić jak najwięcej kilometrów. Na mapie wypatrzyłem 2 kolejne wioski obok siebie. Tam „upoluję” gospodarza i zostanę na noc, taki był plan. Przejechałem ponad 120 km po górach, byłem wykończony, a zamiast dwóch wiosek, jakie mijałem codziennie o godzinie 21:00 wyrósł mi przed oczyma Armeński „Nowy Jork” (Andokavan). Dosłownie szczęka mi opadła. Było już ciemno, a tu taki moloch, nie może być. Byłem pewien, że do samej granicy z Iranem będą tylko wioseczki, a to jedno z największych miast, jakie miałem okazję widzieć w Armenii. Wszędzie same blokowiska, jeden przy drugim, masa ludzi chodzących po mieście i pełno sklepów, jedno było pewne tutaj nie znajdę miejscówki na nocleg. Zresztą byłem zbyt zmęczony, aby skradać się po zakamarkach z czołówką. Włączyłem światło i pomału toczyłem się przez miejski moloch ciągnący kilometrami.


zimą na tej drodze ginie wiele osób

nieszczęsny nocleg za miastem Adonkavan

Była godzina 22:00, wszędzie tylko główna droga, z prawej strome zbocze, a z lewej wysokie płoty prywatnych domów, bądź hoteli. Ale znalazłem boczną ścieżkę. Wdrapałem się kilkaset metrów wzdłuż niej, ale końca nie było widać, więc spasowałem, dość! Starczy po ponad 100km po górach. Był mały skrawek ziemi tuż przy urwisku, koniec na dziś tutaj się rozkładam – 22:30. Bez kąpieli szybko wlazłem do środka i położyłem się wygodnie, byłem wykończony, ale dopiero się zaczęło… Nagle nie wiadomo skąd auta zaczęły jeździć z góry i pod górę, przejeżdżając metr od namiotu, oczywiście każdy musiał zatrąbić, aby o sobie dać znać. Przecież jak ktoś leży w ciemnym namiocie to na pewno nie śpi. Nieopodal w jednym z hoteli trwała impreza, chyba wesele, więc muza dudniła na wiele kilometrów. Myślałem, że wyjdę z siebie, ale to nie koniec. Na dokładkę około 24:00 nie wiadomo skąd przybiegła wataha dzikich psów… masakra. Zaczęły biegać wokoło namiotu i oszczekiwać. Leżałem w pół żywy i tylko myślę, dopóki nie zaczną gryźć i szarpać namiotu nie wychodzę nie ma mowy, jedynie w ręce trzymałem moją metalową rozkładaną pałkę. Psy szalały dobrą godzinę, ale w końcu stwierdziły, że nie ma sensu to odpuściły. Ahh ta błoga cisza, w końcu można zasnąć…


takie rzeczy można znaleźć na drodze
Następnego dnia pobudka z samego rana. Droga była często uczęszczana jak się przekonałem w nocy, więc nie ma, co długo spać. Oczywiście z rana byłem kompletnie bez sił i chęci do wszystkiego, a do granicy zostało 60km i co najgorsza, muszę się wdrapać na najwyższy szczyt, jaki dotychczas był 2529m n.p.m. Do granicy nie dotarłem, rozłożyłem się 15km przed nią, obok pięknej rzeki. Iran będzie następnego dnia…

W Armenii przejechałem 564km, a czas samej jazdy wyniósł 37:18min.


zmiana łańcucha i czyszczenie napędu






2 komentarze:

  1. Heja! Jeśli admin może, niech chociaż poprawia błędy ortograficzne... :) Pozdrowienia i życzenia wąskich dróg! (bo po szerokich przecież tiry jeżdżą)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czołem! Pozdrawiam z Suwałk. artur

    OdpowiedzUsuń