niedziela, 7 czerwca 2015

#53 Serbia cz1

© Jacek Łukasik



Pierwszy rzut oka i już wiadomo iż Serbia złotem nie ocieka. Biedę widać na każdym kroku. Wjeżdżając od północy, co chwila mijaliśmy opuszczone budynki. Stare wozy zaprzęgnięte w konie, ludzi używających ręcznej kosy. Ale po tygodniowej jeździe przez kraj, mogę wywnioskować, że Serbowie to biedni ludzie za to bardzo serdeczni i przyjaźni. Na każdym kroku nas zgadywali, pozdrawiam, bądź szybko 2x wciskali klakson, abyśmy zwrócili uwagę, że serdecznie nam machają. Kraj biedny, ale na każdym kroku jest dostępny Internet. W większych miastach sieci Wi-Fi były często zabezpieczone, a im mniejsza wioska tym większa pewność, że będzie darmowy internet i to w cale nie wolny.


bieda, bieda

© Damian Dukiewicz
W Serbii doceniamy nasze lasy i jeziora, tu praktycznie ich brak. Pierwszego noclegu szukaliśmy u księdza. Ci, co mnie znają, pewnie drapią się po głowie. Damian, który szerokim łukiem omijał kościoły, teraz wozi się po nich. Ważne, że na głowę nie pada, a dopóki nie każą mi się modlić to mogę tam spać. Ksiądz bardzo ostrożny, nie był zbyt skory nas przenocować, ale jak zaoferowaliśmy paszporty pod zastaw, to w końcu nas przyjął. Oczywiście od razu pranie, kąpanie, ładowanie baterii itp.

nocleg  u księdza

© Jacek Łukasik

serbskie dinary

© Damian Dukiewicz
© Damian Dukiewicz

Kolejne państwo i 2000 km złamane, na dodatek dach nad głową, to trzeba było to opić. Kupiliśmy flaszkę, chipsy i zaczęliśmy świętować. Jako, że libacja odbywała się na sali katechetycznej, to trochę narobiliśmy bałaganu, a co gorsza w oknach nie było rolet. Było głośno i wesoło, a rano z ciężką głową trzeba było się zbierać i posprzątać, aby odzyskać paszporty. Mina księdza mówiła wszystko, ale nie skomentował nocki :) Paszporty odzyskane to można było się udać na śniadanie.


serbscy policjanci

© przechodzeń

Ponieważ zbrakło pieniędzy to w lodziarni wymieniliśmy euro na dinary, miejscową walutę. Standardowo śniadanie na ławce, pijemy kefir na pobudzenie i nagle dosiadł się do nas pewien pan. Gadka szmatka, też trochę jeździ rowerem i ma kilku znajomych, co podróżują jak my. Zaraz przyjechał jego kolega i co się okazało, że są to serbscy policjanci. Bardzo sympatyczni, serdecznie pozdrawiamy.

Hiro z Japonii

© Damian Dukiewicz

© Jacek Łukasik

Przejechaliśmy dosłownie kawałek i trafiliśmy na ciekawego globtrotera. Nazywa się Hiro i pochodzi z Japonii. Przejechał 9 tys km i za szybko nie zamierza przestać podróżować. Wymieniłem się z nim namiarami na FB i śledzimy swoje poczynania w trasie.

pola, pola i nic poza tym...

© Damian Dukiewicz

Serbia to ciągły problem z noclegiem, wszędzie same łyse pola. Ale na mapie były zbiorniki wodne, obraliśmy kierunek na nie. Okazało się, że to stawy hodowlane. Z ambony zszedł Pan i stanowczo powiedział, że namiotu nie można tu rozbić. Wskazał nam gdzie powinniśmy się udać. 

© Jacek Łukasik



© Jacek Łukasik



podwójna korzyść, mięso i futro

© Jacek Łukasik



© Jacek Łukasik

dojenie owiec

© Jacek Łukasik

Wszytko dobrze się złożyło, w polu trafiliśmy na pasterza z owocami. Okazało się, że jest ich trzech i możemy rozbić namioty koło ich przyczepy kempingowej. Mieli tam cały zwierzyniec kury, gęsi, kaczki, psy, owce, świnie a na czele tej całej zwierzęcej świty koń. Trafiliśmy na moment dojenia owiec okazało się iż wcale nie jest to łatwa praca, co gorsza z jednej owcy można uzyskać zaledwie szklankę mleka, maksymalnie! Mimo, iż było go niewiele, pasterze dali nam po kubku na spróbowanie. Mleko przepyszne, słodziutkie jeszcze ciepłe, smak zdecydowanie różnił się od krowiego.
Miałem okazję pobawić się batem, właścicielowi wychodziło to świetnie, jak strzelił to aż w uszach dzwoniło. Mi wychodziło nieco gorzej, zbierałem tylko pręgi na plecach.
Trochę pokręciliśmy się po terenie, robiliśmy obóz i zawołał nas jeden z pasterzy. Najpierw kawka, potem seta z samogonu i na dokładkę z dziury w ziemi znajdującej się pod przyczepą kempingową, wyjął litrowe piwo. W piątkę wypiliśmy, pogadaliśmy i spać. Jak to bywa z nocką wśród zwierzaków, nie licz, że się wypisz. Jak nie gęsi, to żaby, nad ranem znowu kogut maszerował pomiędzy namiotem i piał w najlepsze, a jak usłyszał go pies to już była cała harmonia.

luksus

© Jacek Łukasik

Zaczęło wiać. To jest chyba najgorsze, co może spotkać rowerzystę. Siłujesz się w pocie czoła, a wiatr i tak wyhamuje, że prawie stoisz w miejscu. Strasznie to irytuje i zarazem demotywuje, a jechaliśmy pod wiatr 3 dni z rzędu. Mocny wiatr wiejący ze złej strony, może popsuć całe plany. Podczas jazdy jest to bardzo istotna kwestia, na którą niestety nie mamy wpływu. Jadąc pod mocny wiatr średnia prędkość to ok. 15km/h. A jazda z wiatrem, to nawet 40km/h. Jak widać różnica jest kolosalna.

zachodnia Brama Belgradu

© Damian Dukiewicz

parlament

© Damian Dukiewicz

Ciężko nam szła droga do stolicy - Belgradu. Ale w końcu dotarliśmy. Jak na prowincji, tak i w mieście widać biedę. Masa zniszczonych, niedokończonych budynków. Oczywiście są i takie miejsca gdzie leży czerwony dywan, a wszystko się świeci, aż razi w oczy. Jednak to nieczęsty widok. Zajechaliśmy do knajpy na grecki kebab. Mieścił, frytki i warzywa zawijane w placek. Nie drogo i sycie. 

kolejny maniak dwóch kółek, tym razem z Francji

© Jacek Łukasik

Przed barem spotkaliśmy kolejnego podróżnika, tym razem Francuza, który także jeździ po świecie. Jak widać nie brakuje podróżników na dwóch kółkach.

© Damian Dukiewicz

TV w radiowozie, czemu nie

© Jacek Łukasik

© Jacek Łukasik

© Jacek Łukasik
C.d.n...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz