sobota, 20 czerwca 2015

#56 Bułgaria

© Jacek Łukasik
Bułgaria to kolejny kraj na mapie naszej wyprawy. Przygoda w tym kraju zaczęła się od nietypowego noclegu. Ze względu na to, iż dookoła były same góry, to musieliśmy improwizować. 

© Jacek Łukasik
Trafiliśmy na przydrożny bar z zajazdem dla tirów. Widać, że się nie przelewało, klientów także jak na receptę. Wchodzimy do środka, mordownia straszna, smród brud… Znalazł się właściciel, pytamy czy możemy rozstawić przed lokalem namiot na jedną noc, stwierdził, że nie ma problemu. Momentami przychodziło mi na myśl, czy nad ranem nie będą chcieli zapłaty za nocleg. Co chwila kręcili się tam jacyś ludzie, znajomi właścicieli, jeden chodził z torbą podróżną i wciskał elektronikę. Był tam jeszcze 7 letni chłopiec, z obserwacji podejrzewam iż chłopiec cierpi na ADHD, nie mógł usiedzieć w miejscu zasuwał na sowim rowerku to w lewo, to w prawo co chwile rozwalając coś stoły, krzesła albo ściany… Od czasu do czasu też oberwało się naszym namiotom. Ponieważ, miejsce jest w dolinie, to ostrzegali nas, że w nocy może być zimno, nawet do 0 stopni. Na miejscu była pewna pani, uczyła kiedyś angielskiego i na dodatek mówiła biegle po rosyjsku. Trochę poopowiadała ciekawych rzeczy, a w wolnych chwilach dorabiała przy ropie spuszczanej z tirów. 

© Jacek Łukasik

w drodze do Pirot

© Jacek Łukasik
Przez to czasami wolę spać w dzikim lesie, niż u ludzi. Tam się, chociaż wyśpisz! Lokal był otwarty 24h, więc aby zabić nudę, to TV grał do bardzo późna. Na dodatek widz zgubił chyba aparat słuchowy, ponieważ membrany głośnika prosiły się aż o wyskoczenie z obudowy. Całokształt urozmaicał stalowy most kolejowy mieszczący się 50m od nas. Jak wjechał na niego rozpędzony pociąg towarowy, to myślałem, że III wojna światowa się rozpoczęła. 

bułgarskie lewy

© Damian Dukiewicz

bułgarskie lewy

© Damian Dukiewicz
Jako, iż wjechaliśmy do Bułgarii, zmienia się strefa czasowa, +1h do przodu. 
Wjechaliśmy do miasta, zakupiliśmy kefir na śniadanko, które zjedliśmy pod bramą piekarni. Jacek stwierdził że musi się w końcu wykapać, więc dobrym pomysłem byłoby wynająć pokój w jakimś hotelu. Wcześniej spalił sobie plecy na słońcu, co zaowocowało bąblami z wodą i trochę paskudnie się goiło. Pytamy się tubylców o hotel i mówią, że jest tylko jeden, to jedziemy. Na miejscu okazało się, iż nie będziemy ich klientami z dwóch powodów. Za drogo, dwa łóżka były obok siebie… To nie wchodzi w grę!!! Poprzednią noc zarwałem przez głośny TV oraz jeżdżące pociągi, kolejnej nie stracę przez chrapiącego Jacka, a uwierzcie nie znam drugiego, co by mu dorównał. Dosłownie 500m dalej widzimy kolejny hotel… a miał być tylko jeden w mieście. Cena już przystępniejsza i co najważniejsze więcej miejsca dla naszych rumaków. 

nocleg w hotelu

© Jacek Łukasik

Hotel był brany z myślą o blogu, aby przesyłać materiały, ale zerwała się burza. Lało cały wieczór i noc i co najgorsza zabrali prąd, zero Internetu. Od początku wyprawy, mamy naprawdę szczęście, co do deszczu, za każdym razem nocujemy u gospodarza, albo gdzieś przesiadujemy. Akurat był czas na drobne naprawy, np. 3 dziury w moim namiocie wypalone przez ognisko, które Jacek za bardzo rozpalił. 


ta pogoda...

© Damian Dukiewicz

Następnego dnia siedzieliśmy aż do 17.00 aby przeczekać ulewę i dzięki temu, że prąd powrócił, to wysyłać materiały. W końcu ruszyliśmy i znowu oberwanie chmury, tym razem szczęście nas opuściło, ale nie do końca… 

nocleg w wyremontowanej piwnicy

© Jacek Łukasik
Gadka z księdzem i okazało się, ze niedaleko miał własną nieruchomość, w piwnicy. Ściany świeżo szpachlowane i wymalowane, żadnych mebli, więc było gdzie rozstawić cały sprzęt. Jako, iż wszystko było mokre, a w podziemi nie bardzo chciało schnąć, odkleiliśmy taśmę malarską i podłączyliśmy klimatyzację na full, 32 stopnie. 

fryzjer

© Damian Dukiewicz

Trafił się dzień typowo organizacyjny, Jacek do fryzjera, tourne po sklepach rowerowych oraz Decathlon. Co do ostatniego, to naprawdę nas zszokował. Wybór towarów znikomy, a ceny kosmiczne. 


Sofia

© Jacek Łukasik

budka z policjantem w środku, do pilnowania porządku

© Damian Dukiewicz

Sofia

© Jacek Łukasik
W końcu dojechaliśmy do Sofii, stolicy Bułgarii. Dlaczego w końcu? Zawsze mamy problemy z dojechaniem do stolicy każdego kraju, bądź większego miasta. Trudno wyjaśnić, dlaczego, a to pogoda, to jakaś nieprzewidziana okoliczność, albo brak weny… Sama stolica nie zrobiła na mnie wrażenia, po prostu większe miasto i co najgorsze, całe rozkopane. Wszędzie coś remontowali, w centrum na deptaku ciężko było w ogóle prowadzić rower z powodu rozstawionych płotów z siatki. 


"za rok matura..." :)

© Damian Dukiewicz
Podczas jeżdżenia po mieście trafiliśmy na wesele, tak bynajmniej myśleliśmy… Później zajechaliśmy do pizzerii, Jacek chciał coś zjeść i nagle masa ludzi odstrzelonych wychodzi z lokalu, gwizdy, balony, fotografowie, limuzyny przystrojone i bardzo głośna muzyka, co jest?? Znowu wesele? Jednak nie, tego dnia maturzyści świętowali zakończenie matur. Całe przedsięwzięcie z taką pompą, że nie na jednym weselu takiego nie ujrzymy. Tylko do teraz nie rozumiem, o co chodziło im z odliczaniem. Wszyscy równo, głośno i jednocześnie gwiżdżąc odliczali, aż do 15 i wybuch radości. Ale dlaczego, aż do 15…? Aby opuścić Sofię musieliśmy jechać autostradą. Oficjalnie jest zakaz, lecz czasami nie ma innej drogi.

nocleg przy strumyku

© Jacek Łukasik
Trafiliśmy znowu na kapitalną miejscówkę do noclegu. Wąwóz pomiędzy górami, a w dole płynęła rzeczka. Coś wspaniałego, tylko ta pogoda… Wiało strasznie, ciężko było namioty rozstawić i zimno… brr. Praktycznie prawie przez całą Bułgarię przejechałem w kurtce deszczowej, ani jednego dnia nie przypominam sobie, aby świeciło słonce. Śpimy smacznie w wąwozie i nagle o 4:30 pobudka, namiotem zaczęło szarpać, co jest do cholery. Tak mocna wichura, myślałem, że odlecę z tym namiotem.

droga krajowa...

© Jacek Łukasik

  czasami i takie drogi się zdarzały

© Damian Dukiewicz
 
© Damian Dukiewicz

© Jacek Łukasik

Jedna rada dla tych, co mają zamiar podróżować po Bułgarii. Na początku myślałem, że nawigację szlak trafił. Jaką drogę bym nie ustawił, to nie mogła ustalić trasy. Oczywiście drogi płatne i autostrady miałem wyłączone, rowerem raczej nie chcę tam jeździć, choć czasami trzeba. I właśnie w tym problem, w Bułgarii praktycznie wszystkie drogi są płatne! Nawet jakaś dziurawa przez zapyziałą wioskę. Więc na starcie ustawicie w nawigacji, aby akceptowało drogi płatne, inaczej nic wam nie wytyczy.
 

"pierwszy maj"

© Jacek Łukasik

Mała ciekawostka, zarówno w Bułgarii jak i Albanii musimy uważać jak chcemy powiedzieć a raczej pokazać tak lub nie głową.. Polsce ktoś poruszy głową góra dół to oznacza TAK, lewo prawo NIE. Tu natomiast jest całkiem odwrotnie. W miejscach typowo turystycznych wiedzą, jak postępować z turystami. Ale jak pojedziemy na prowincję to możemy się zdziwić jak ktoś kiwnie nam głową TAK, że możemy wejść na jego teren i rozbić namiot. 

śniadanie na bogato

© Damian Dukiewicz
Pierwszy raz od początku wyprawy mieliśmy taką ucztę na śniadanie. Betonowy stół zastawiony. Kuchenka w ruch i gotowanie wody na herbatkę. Na dodatek od pana, który obok sprzedawał miód dostaliśmy duże ogórki i wyżerka gotowa.
 

szybkie pranie przy wodopoju

© Jacek Łukasik

Nieopodal było miejsce, z którego leciała źródlana woda. Korzystając z okazji zrobiłem pranie. O dziwo ludzie przyjeżdżali z wielkimi baniakami, aby czerpać wodę. Momentami tworzyła się aż kolejka. 

© Jacek Łukasik

I kolejna dobra dusza na drodze. Jedziemy i z naprzeciwka macha lodziarz, aby się zatrzymać. Dziwną miejscówkę sobie wybrał, pobocze drogi wylotowej z miasta… no, ale się zatrzymałem. Jacek krzyczał głośno z daleka, aby jechać dalej, bo to pewnie naciągacz. Pierwsze, co mówię mu, że nie mam pieniędzy i faktycznie tak było, nie miałem w tym momencie ani grosza lokalnej waluty. Lodziarz z uśmiechem nakładał porcję dwóch lodów i nawet nie zwracał uwagi na to co mówię. Podarował mi jedną porcję i kazał zawołać tego drugiego, Jacka. Jako, że on nie lubi słodkiego to przypadły mi dwie porcje. Widać, robota tak go nudziła, że jak zobaczył dwóch wariatów z bagażami na rowerze to musiał z nimi pogadać, chociaż chwile. Całkiem sympatyczny człowiek. Robiło się już późno, to musieliśmy jechać szukać miejscówki na obóz.

Chrystian

© Damian Dukiewicz

Dojechaliśmy do Svilengrad. Jacek kiedyś nocował u byłego marynarza który sprzedawał żywe ryby przy drodze. Przyjął go i porządnie nakarmił. Postanowiliśmy spróbować i tym razem. Okazało się, że sprzedawca w te 4 lata rozkręcił interes, że teraz zastąpił go pracownik. Zapytaliśmy, czy możemy rozbić namioty na nocleg, powiedział, że nie ma problemu. Zadzwonił do szefa i opowiedział, że przyjechało dwóch rowerzystów, a jeden z nich kiedyś tu nocował.

pyszny karpi już się smaży

© Damian Dukiewicz

Okazało się, że sprzedawca ryb Chrystian, jest zapalonym ogrodnikiem i za przyczepą kempingową miał swoje małe królestwo. Opowiedział nam nieco o swoich ogrodniczych eksperymentach. Rozbiliśmy się, wykąpaliśmy i następnie zaprosił nas do stołu. Chcieliśmy pomóc w przygotowaniach, ale stanowczo zabronił, gość to gość. Zaraz poszły w ruch warzywa, z których powstała sałatka, świeże karpie już pokrojone i oczywiście flaszki na stole postawione. Dojechał także i szef całego punktu rybnego. Dowiózł piwa i kolejne smakołyki, między innymi owczy ser, który smakował kapitalnie. Smażona rybka, wspaniała, ostatni raz jadłem tak dobrą rybę jak prowadziłem szkolenia ECDL w woj. Dolnośląskim. Była to wioska Miłosławice, oczywiście pozdrawiam moją ulubioną grupę szkoleniową :) oraz państwa Dębskich, którzy poczęstowali mnie równie kapitalnym świeżym karpiem. Wracając do odwiedzin, posiedzenie przeciągnęło się do drugiej w nocy, co zaowocowało ciężkim złym porankiem… 
 

kacyk...

© Jacek Łukasik

Ból głowy nie do zniesienia, pewnie to po wczorajszych truskawkach… Dojechaliśmy jednie do następnej wioski Kapitan Andreevo. Kefirek na kaca i wegetacja z nadzieją na lepsze samopoczucie. Dzień raczej i tak był już stracony, to postanowiliśmy zrobić małe zakupy i posiedzieć w kafejce.



serwis nóżki od roweru

© Jacek Łukasik

Nadszedł ten dzień, w którym trzeba było podjąć bardzo ważną decyzję, tak dalej być nie może. Chodzi o nóżkę rowerową. Każdy inny element roweru sprawuje się kapitalnie po tych 2 tys. km, ale z nóżką są wieczne problemy. Tak się poluźniła, że raz wlazła mi w szprychy tylnego, koła. Szczęśliwie obeszło się bez strat. Problem w tym, że nie można dość od góry kluczem, bo przeszkadza przedni zmieniacz od przerzutek. A jego nie można odkręcić, bo trzeba by ustawiać wszystko od nowa. Ale w jednym sklepie rowerowym Pan znalazł na to rozwiązanie. Jak zobaczył, w czym problem i usłyszał, gdzie zamierzam dojechać na tym rowerze, z miejsca wziął imbus i przyciął go szlifierką tak, że zmieścił się pod zmieniaczem. Prosto i skutecznie! Imbus podarował mi na drogę, w razie jakby znowu były problemy z nóżką. W ramach podziękowań podarowałem mu przypinany znaczek wyprawy (jeszcze raz wielkie dzięki Krzysztofie), który z miejsca wylądował nad jego biurkiem. 

© Jacek Łukasik


© Jacek Łukasik
Interesującą sprawą w Bułgarii jest to, jak podchodzą do tematu zmarłych. Jeżeli osoba umrze, to wieszają jego zdjęcie portretowe na swoim płocie koło domu. Niektóre były tak duże, że myślałem na początku, iż to list gończy. Każdy nagrobek ma zdjęcie, mniejsze bądź większe, ale zawsze jest. Często przy grobie jest umiejscowiony także stolik. Krótkie streszczenie dotyczące tradycji pogrzebowych:

„Czterdzieści dni po pogrzebie kobiety chodzą każdego rana na grób, palą świece i lampki oraz polewają grób winem i wodą. W trzecim, dziewiątym i dwudziestym dniu polewanie jest większe, nazywają je tretini, devetini oraz dvadesetini. Na tretinach nie ma opłakiwań. W czterdziestym dniu po śmierci urządzają wielką stypę. Wtedy na grób przynoszą jedzenie, pszenicę, chleb i wino, rozdają je, aby Bóg wybaczył. Przy podawaniu potraw wszyscy stoją u nóg zmarłego, aby dusza wszystkich zobaczyła. Stypę nazywają ravnenka – wyrównanie, gdyż w tym dniu grób jest dobrze wyrównany i nadaje się mu formę: obmurowują go lub stawiają na nim kamienną płytę. Pozostałe stypy odbywają się po trzech i dziewięciu miesiącach, po roku, po trzech latach. Po trzech latach zmarły wchodzi już bezpowrotnie do świata zmarłych.” 

nekrologi

© Jacek Łukasik

jeszcze więcej nekrologów

© Jacek Łukasik
Dosłownie wisiały nekrologi informujące, że dana osoba zmarła np. 2 lata temu, kolejny nekrolog, że zmarł 3 miesiące temu. Przez to tablice były, tak obklejone ponieważ na jednego nieboszczyka przypadało kilka nekrologów. Jakby ktoś chciał poczytać więcej na temat bułgarskich ludowych obyczajów pogrzebowych, zapraszam pod ten link http://www.kns.us.edu.pl/artykuly/rozne/036.html

Dla mnie Bułgaria jako kraj była nieco nijaka, bez wyrazu. Jacek natomiast zachwycony. Jak to mówią o gustach się nie dyskutuje :)


Komentarz Jacka:
Damian poznał niestety Bułgarię z mniej ciekawej strony, bo akurat tak wiodła trasa. Poza tym bariera językowa oraz brak zainteresowania kulturą słowiańską w byłym bloku socjalistycznym. W przeciwieństwie do Turcji łatwo nawiązać kontakty i wdać się w głębszą rozmowę. Ludzie gościnni i uczynni.

Następne państwo Turcja :D

W Bułgarii przejechaliśmy 440 km.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz