czwartek, 2 lipca 2015

#57 Pierwsze dni w Turcji

 
© Jacek Łukasik

Turcja kolejny punkt wyprawy, długo wyczekiwany tu zaczyna się już dla nas egzotyka. Inne zwyczaje inna kultura oraz jedzenie. 




turecka wiza

© Damian Dukiewicz

Wjeżdżając do Turcji musiałem zakupić wizę na przejściu granicznym, koszt 30$. Wszystko odbyło się bezproblemowo i zajęło z 5 min. Po przekroczeniu granicy pierwsze, co się rzuca w oczy to oczywiście meczety z wysokimi wieżami (minarety).

grupa francuzów

© Jacek Łukasik

Kierowaliśmy się na Istambuł, a po drodze mijaliśmy, co chwilę rowerzystów, tak się składa, że wszyscy zawsze jadą w przeciwnym kierunku niż my, aż tak ich ciągnie na zachód? 


widoki piękne, ale podjazdy nie koniecznie

© Jacek Łukasik

Droga była ciężka, pod wiatr i nieustające podjazdy, ale za to asfalt mają pierwsza klasa. Turcja jest o tyle nie przyjazna dla podróżników, ponieważ ciężko znaleźć miejsce na nocleg. Brak lasów w zamian za łyse pola. 


© Jacek Łukasik

Godzina 21 a my nadal w trasie. Jacek chciał nas doprowadzić do miejscówki na nocleg, którą kiedyś odkrył. Ale coś nie wyszło, musieliśmy gdzieś źle skręcić. Pomysł Jacka - bierzemy hotel... Z miejsca stanowczo protestuję.  Czołówka na głowę i jazda dalej w poszukiwaniu noclegu. Musieliśmy pokonać kolejne kilkanaście kilometrów zanim opuściliśmy teren zabudowany. Przy drodze znajdowała się skarpa, wszedłem na nią i moim oczom ukazało się pole z niewielką ilością krzaków, co najważniejsze nie widoczne z drogi. Tak tu będzie dzisiaj nasz nocleg. Po 22 dopiero weszliśmy do namiotów. Rano musieliśmy szybko wyruszyć, więc pobudka o 5.00.


© Jacek Łukasik

tablice z nazwą miasta zawierają także liczbę mieszkańców

© Jacek Łukasik

Dzień wcześniej przejechaliśmy 156km po ciężkim terenie jadąc pod wiatr. W skutek tego dzisiaj jazda nie bardzo nam „szła”. Dojechaliśmy do miasta Edirne. 


© Jacek Łukasik

Dla mnie to było pierwsze zderzenie z turecka kulturą. Od razu, co rzuciło mi się w oczy to ich szaleńcza jazda autami. Pchają się jak tylko mogą, światło czerwone nie zawsze dla nich oznacz, że trzeba się zatrzymać. I bez przerwy trąbią klaksonami, które najprawdopodobniej są po tuningu. Momentami odbieram wrażenie, że oni sami nie wiedzą, po co, na co i dlaczego trąbią, po prostu weszło w nawyk. Na początku niepewnie poruszałem się rowerem pomiędzy tymi szaleńcami, ale szybko załapałem klimat i co lepsze, spodobało mi się.


osiedla domów nad morzem Marmara

© Jacek Łukasik

  domek nad morzem, dosłownie

© Jacek Łukasik
każdy chce mieszkać nad morzem
© Jacek Łukasik

Zajechaliśmy nad morze Marmara, obowiązkowo kąpiel i chwila relaksu. Dziwna sprawa, ponieważ było gorąco, a jadąc wzdłuż wybrzeża ludzi kąpiących się w morzu prawie nie widać. Woda czyściutka i cieplutka. Tak tego właśnie brakowało, położyć się na piaszczystej plaży i wyłączyć, nie myśleć o niczym, po prostu relaks.


  trzech nadzorowało serwis, a wyszła taka lipa

© Damian Dukiewicz

Jest pierwsza guma u Jacka. Remis 1:1. Na szczęście powietrze uchodziło do pewnego momentu i ustało, dzięki czemu Jacek mógł się doczłapać na stację benzynową. Oczywiście z takim sprzętem założonym na rower, łatanie dętki to w cale nie jest szybka i łatwa sprawa. Co najdziwniejsze, także brak winowajcy, a przejrzeliśmy całą oponę kilkukrotnie. Po około 30 min dziura zaklejona i wszystko gotowe do jazdy.

Big mac z dostawą do domu?

© Damian Dukiewicz

Kolejny dzień, i kolejna walka o miejsce do spania. Tym razem mieliśmy o tyle problem, że byliśmy pomiędzy kompleksami miast. Dosłownie jedno przy drugim ciągnące się dziesiątkami kilometrów, a na horyzoncie widać tylko wieżowce. Niejednokrotnie słyszałem, że nie jest to łatwe, ale czas spróbować, nocleg u Turka. 

Obok stała kamienica ze sporym podwórkiem w sam raz na nasze namioty. Ponieważ jesteśmy z daleka od miejsc typowo turystycznych to trudno z miejscową ludnością porozumieć się po angielsku czy niemiecku. Nie pozostaje nic innego niż w telefonie za pomocą translatora przetłumaczyć gotową regułkę, która brzmiała coś w tym stylu „Witam jesteśmy podróżnikami z Europy, czy możemy rozstawić namioty na jedną noc…” Podszedłem do stojącej kobiety, po angielsku nic, więc pokazuję regułkę z telefonu. Po chwili widzę przerażenie na twarzy, na podwórku bawiła się masa dzieci to nagle wszystkie znikły w korytarzu kamienicy włącznie ze starsza kobietą, a drzwi za nimi zamknęły się na 5 spustów. Stojąc dalej w tym samym miejscu tylko rozmyślałem jak dokładnie brzmiał przetłumaczony translatorem tekst na turecki… Później zrozumiałem, w czym problem.
Znajdowaliśmy się na górce, mieliśmy więc dobry widok na bardzo dużą część okolicy. Teren zabudowany, z góry patrząc miał coś na kształt podkowy, a po środku było trochę pola, krowy i wysypiska śmieci. Ale dostrzegliśmy kilka drzewek a koło nich domek, tak to będzie nasz miejscówka na nocleg, o ile nas nie pogonią. Do wybranego miejsca mieliśmy dobre kilka kilometrów, jedynie z góry wydawało się blisko. Przejeżdżaliśmy przez biedne, boczne zapomniane przez świat ulice. Wzrok każdej osoby czułem na sobie niczym pchnięcie kijem. Nie było radości, czy zaciekawienia, najczęściej widać było strach i przerażenie, jakbyśmy byli odrażającymi istotami z kosmosu. A wszystko rozchodziło się pewnie nie o sam fakt załadowanego roweru, co było dla nich abstrakcją, lecz nasz ubiór. Krótkie rękawki i spodenki i na dodatek przylegające do ciała, jak tak można?! W pewnym momencie zastanawiałem się, czy zaraz nas nie spalą na stosie. Tak jest, tak dokładnie wygląda prawdziwa Turcja z dala od turystycznego zgiełku i całego „multikulti”, tutaj byliśmy na ich terenie.


ekstremalne nachylenia dróg

© Jacek Łukasik

Po zjechaniu z zamieszkałych terenów. A zjazdy mają na prawdę niesamowite, momentami zastanawiam się jak można tam wychowywać dzieci. Siądzie na rowerek i migiem rozpędzi się do kilkudziesięciu km/h, a na dole najczęściej stoi mur lub ściana. Przejeżdżaliśmy przez dzikie wysypisko śmieci i widzimy budynek ze stróżem, najprawdopodobniej. Szybka akcja z pytaniem i standardowa reakcja, paszoł mi stąd. Jedziemy dalej do chatki przy drzewach. Na początku nie było nikogo widać, ale zaraz wyłonił się pewien starszy pan. Pokazałem mu wcześniej przygotowana regułkę z translatora i kiwnął głową, że ok, czyli jednak translator w miarę logicznie przetłumaczył. Pan machnął ręką pokazując, że mamy przez bramę wjechać na podwórko i się rozłożyć. Było już grubo po 20.00, więc szybka akcja z rozstawianiem obozu, ponieważ zaczęło się już ściemniać. Na dworze już ciemno jak w jaskini, każdy siedzi we własnym śpiworze i nagle słyszę krzyk, wrzask (kobiecy głos) jakby kogoś obdzierali ze skóry, co jest?? Za chwilę słyszę jakiegoś mężczyznę i wnioskuję, że stoi przy Jacka namiocie. Wychodzę na zewnątrz, a tu starszy pan z pałą w ręku coś krzyczy do nas po turecku. Okazało się, jego żona krzyczy tak, że na prawdę myślałem, że ktoś jest oskalpowany na żywca. Oni w amoku, my nie rozumiemy, o co chodzi, a że było ciemno to nie byliśmy pewni, czy to ten sama osoba, która pozwoliła nam tu nocować. Pokazuję mu regułkę z telefonu, lecz on ślepy, nie zabrał okularów to nic nie widzi. Z gestów wywnioskowaliśmy, że mamy się wynieść z podwórka i to już, a godzina 22. Nie ma, co dyskutować, wkurzony właściciel z pałą w ręce, jeszcze tylko policji brakowało, pakujemy cały majdan. Spakowani, to wyprowadza nas z podwórka, w między czasie próby nawiązania rozmowy, aby pozwolił nam się rozłożyć, chociaż na pastwisku z krowami… Udało się, zaprowadził nas i wskazał gdzie możemy nocować, sytuacja załagodzona. W praktyce przenieśliśmy się tylko na drugą stronę płotu, za posesję… i o co tyle krzyku?? Znowu rozbicie obozu i nocka z krowami. 


w oponie nic nie ma...

© Damian Dukiewicz

Z rana Jacek spogląda na swojego osiłka i co widzi… znowu flak. Na dobry początek dnia szybki serwis, na szczęście bagaży nie trzeba było ściągać. Po raz kolejny taki sam scenariusz, nic nie było w oponie, a powietrze z dętki nie uszło do końca. Dziwna sprawa. 2:1 dla Jacka. 


... a jednak było :)

© Damian Dukiewicz
© Damian Dukiewicz

Po kilku kilometrach powtórka z rozrywki, znowu powietrze trochę uszło, ale tym razem widać jedną zależność, wszystkie dziury na jednej wysokości. Nie ma innej opcji coś musi być w oponie. Na szczęście jest to składana opona, więc wywrócenie jej na drugą stronę i dosłownie szukanie pod lupą, co to może być, ponieważ pod palcami nie szło wyczuć. 


w samym środku był winowajca

© Damian Dukiewicz

Znalazł się winowajca, w oponie od środka był wbity tyci opiłek metalu, dopiero jak Jacek napompowywał koło do 5.8 bar to pod ciężarem bagaży, opiłek skubał dętkę. Przez co nie było praktycznie typowej dziury, a samo przetarcie przepuszczające powietrze tylko jak było duże ciśnienie w kole. Zaczęło się dłubanie igłą w oponie, aby wydobyć dziada i następnie profilaktycznie naklejenie łaty na oponę. Tym razem sprawa załatwiona a bilans wygląda następująco 3:1 dla Jacka.


akwedukt

© Jacek Łukasik

Jako, iż do Istambułu kierowaliśmy się leśną drogą od północy, mieliśmy okazję spotkać się z jednym z największych wrogów rowerzystów, hordą dzikich psów. Serpentyna wiła się w górę, przez co nie można było się rozpędzić, a na każdym zakręcie czyhało po kilka bądź kilkanaście dzikich kundli. Od małych szczekaczek po osobniki wielkości sporego cielaka. Dzikie, wygłodniałe i często agresywne. Oczywiście rozkładana pałka była już gotowa w ręce, jakoś trzeba się bronić przed tymi bestiami. Najlepszym rozwiązaniem jest unikać kontaktu wzrokowego, ale oczywiście kątem oka spoglądać, co kombinują i pewnym jednostajnym ruchem jechać przed siebie. Jak zaczynają ruszać w Twoją stronę to głośno do nich krzyczeć. Trzeba im pokazać, że też jesteśmy agresywni i nie zawahamy się zaatakować, to często zwątpią, choć nie zawsze… 
Była taka sytuacja, że stado ruszyło za nami, liczebne na tyle, że pedałowaliśmy ile sił w nogach aby je zgubić. Po kilkudziesięciu metrach dały za wygraną i odpuściły.

Mieliśmy okazję spotkać francuza, co jechał podobną trasą i też miał przeboje z psami, skończyło się na wygryzionych dziurach w sakwach :)

Problemem jest to, iż jak człowiekowi znudzi się czworonóg, to zwyczajnie wywożą go za miasto, następnie zbiera się ich coraz więcej. A ludzka głupota nie zna granic, ponieważ osoby jadące samochodem wysypują im resztki jedzenia, przecież to są takie biedne głodne pieski… Następnie dzikie stado się rozrasta, mają swój rewir i stają się pewne siebie. 99% przejeżdżających siedzi bezpiecznie w aucie to nie zdaje sobie sprawy, jakim zagrożeniem dla pozostałych osób są dzikie psy.
Trasa do Istambułu, którą mieliśmy pokonać w 2 dni zajęła nam 3. I to z wielkim trudem, ponieważ cały czas podjazdy pod wiatr, ale udało się dojechaliśmy!


relaksujący się osiołek 

© Jacek Łukasik

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz