sobota, 30 maja 2015

#52 Węgry

© Jacek Łukasik


Esztregom © Jacek Łukasik
Węgry bardzo specyficzny kraj, zamieszkują go Madziarzy (naród europejski z grupy ludów ugrofińskich). Mankamentem tego kraju jest język, strasznie wykręcony, dosłownie jeden ciągły „bełkot”, nic nie da się zrozumieć. Przykładowo jak pijemy z Madziarem i chcemy powiedzieć na zdrowie, to brzmi to następująco egesegedre. Oczywiście plus kilka apostrofów nad literami. 

© Jacek Łukasik

Jedna z zasad jakie zapamiętałem, to jak mamy „s” to czytamy jako „sz” i odwrotnie „sz” to „s”. Bardzo ciężki język. 

przykład zaokrąglenia kwoty w sklepie © Damian Dukiewicz

© Damian Dukiewicz

© Damian Dukiewicz

Miejscową walutą są forinty, 70ft = 1zł. Cenowo Węgry można przyrównać do Polski. Dziwną sprawą jest to, węgrzy operują pieniędzmi w marketach. Zaokrąglają ceny raz w górę, raz w dół. Raz powinienem zapłacić 466ft, a zapłaciłem 400ft, czyli 66ft podarowali, a to już prawie 1zł. Nie w każdym sklepie stosują taki myk. 

© Jacek Łukasik
Wjechaliśmy do Węgier, standardowo wizyta w McDonald’s „na Internet”. Nie myślcie, że się tam objadamy, tak się składa, że żaden z Nas nie preferuje tego śmieciowego jedzenia. Nagle niebo zrobiło się czarne, ulewa na całego, ale na szczęście mieliśmy dach nad głową. Jak przestało padać, zebraliśmy się, aby znaleźć nocleg, a że podjechaliśmy za blisko Budapesztu, to się okazało, że będzie problem. Jechaliśmy 16km i nie było skrawka lasu. Wszędzie wioska przy wiosce, a jak na mapie był kawałek zieleni, to okazywało się, że to stroma góra, więc też odpada. Zaczynało robić się szarawo a co najgorsze zimno, nóż na gardle, co robić. Szybka decyzja, uderzamy do kościoła, w końcu powinni przygarnąć dwóch zbłąkanych wędrowców. Kościół zamknięty, to idziemy na plebanię, brama jak od bogatego dworu, kamery, alarmy… Dryń domofonem i przyszła zakonnica, okazało się, że mówi po niemiecku, Jacek opowiedział w czym problem, chcemy tylko rozłożyć namioty na trawie, (której wcale tam nie brakowało) i następnego dnia z rana od razu odjeżdżamy. Sama nie mogła podjąć decyzji, poszła zapytać się głównodowodzącej. Wróciła z mapą w ręku, to już źle świadczyło, ale pytamy się i jak?? Stanowczo nie, nie ma takiej opcji!!! Pokazała mapkę miasta i wskazuje, że w danym miejscu jest pole campingowe i tam możemy podjechać, ale co najlepsze jechaliśmy koło tego miejsca i nie było żadnego pola, po prostu chciała się nas pozbyć. Tyle było z boskiej pomocy. Zebraliśmy się i jedziemy wzdłuż wioski, ale po drodze zobaczyłem starszą panią na podwórku przed domem.

nocleg © Jacek Łukasik
Krótka rozmowa o miejsce na namiot i choć Pani bardzo się wahała, w końcu stwierdziła, że możemy rozbić się przed domem. Nocleg był marny ze względu na to, że pies sąsiada ciągle szczekał, a z rana wszystko było mokre. Trochę padało, a ze względu na zimno woda skondensowała się w namiocie.

© Jacek Łukasik

Węgry to nie jest kraj dla rowerzystów, wręcz to jest koszmar dla fana dwóch kółek. Drogi straszne, same dziury, co gorsza wszędzie stoją znaki zakazu jazdy rowerem, każda jedna droga pomiędzy miastami jest objęta zakazem, po prostu chore. Najczęściej brak ścieżek rowerowych, a jak już były to w tragicznym stanie, dziury, górki i często brak asfaltu. Aby przejechać z jednego miasta do drugiego, najczęściej trzeba było łamać zakaz. Później już nawet nie zwracaliśmy uwagi na ten znak, ale za to kierowcy klaksonami często przypominali, że nie powinno nas tam być.

Budapeszt © Damian Dukiewicz

autobusem po Dunaju © Jacek Łukasik



parlament © Jacek Łukasik
Za to Budapeszt, stolica Węgier przepiękna. Słynny parlament dosłownie ogromny i wspaniały. Pod nim załapaliśmy się akurat na zmianę warty, małe przedstawienie, atrakcja dla turystów. 

willa Herkulesa © Jacek Łukasik
 Kręcąc się po mieście przez przypadek trafiliśmy na Villę Herkulesa, a dokładniej, to co z niej pozostało. Jedna z atrakcji Budapesztu, a dosłownie wstyd. Wszystko zapuszczone, a sama willa okazała się być starymi fundamentami i kilka kamiennych płyt. A to wszystko umieszczone pomiędzy blokami mieszkalnymi. Stanowczo nie polecam. 

 Bastion © Jacek Łukasik

© Jacek Łukasik

© Jacek Łukasik


Udaliśmy się na górę, gdzie znajdowała się katedra i co najważniejsze stare mury oraz wieża zwana Bastion. Coś wspaniałego, piękne budowle, a z nich widok na całe miasto. Ludzi masa, dosłownie każda możliwa rasa i narodowość. Nie mogło także zabraknąć Polaków. Spotkaliśmy 3 emerytowane panie, które w jesieni życia postanowiły zaszaleć w obcej stolicy, oraz grupę uczniów z Zespołu Szkół nr 11 z Jastrzębie-Zdrój, których serdecznie pozdrawiamy. Strój Fundacji Rozwoju Kolarstwa, który noszę także przykuwa uwagę i robimy za lokalną atrakcję. Zaciekawieni Brazylijczycy też chcieli mieć z nami fotkę.

© Jacek Łukasik
1247km i pierwsza guma w przednim kole. Dziurę znalazłem, ale w oponie nic nie było, ani śladu po czymś co by dało radę przebić oponę. Dziura załatana i można było jechać dalej w drogę. Po drodze mijaliśmy pola, na których rosła heroina (maki).

© Jacek Łukasik
Zbliżając się do miejscowości Seget rozglądaliśmy się za noclegiem. Patrzymy jakieś stawy, wszystko zarośnięte, to heja wbijamy się przez bramę. Wisiała kłódka z kluczem, Jacek radził aby zabrać klucz, aby nas nie zamknęli, bo rano będzie buba z wyjazdem, więc klucz wylądował w mojej kieszeni. Jedziemy niepewnie i za zakrętem z zarośli wyłania się dom, a przy nim ludzie. 

© Madziar

© Jacek Łukasik

Co się okazało ludzi było tam od groma, zjazd rodzinny u dziadka. Jako, że to Madziary to zaczęły się kombinacje alpejskie z rozmową trochę angielskiego, niemieckiego i rosyjskiego. I sukces mamy miejsce na nocleg, możemy rozkładać namioty. Na wejściu poczęstowali nas dwoma kieliszkami wódki z jakiś owoców, nie mogłem jedynie zrozumieć co to za owoc. Następnie nakryli do stołu i poczęstowali skromnym posiłkiem i litrową butelką piwa. Zjedliśmy, popiliśmy i trochę pogawędziliśmy. Luksus mieliśmy pod względem higieny, wychodek i jeszcze na dodatek prysznic na dworze, zimna woda ale to nie istotne. Ta noc też nie była za piękna, pies właściciela strasznie ujadał, a na dodatek w nocy zabrał Jacka ręcznik i rozszarpał go na kawałki, podkładka pod tyłek też znikła. Z rana pożegnaliśmy się, klucz wrócił do kłódki i udaliśmy się w stronę granicy, przed którą dzieliła nas oto taka furtka.  

furtka prowadząca na granicę © Damian Dukiewicz

Węgry pozostawiły u mnie mieszane uczucia, szczerze to nie wiem czy chciałbym kiedykolwiek wrócić do tego kraju, ciągłe zakazy, straszne drogi i ten język… ale zanim opuściliśmy ten kraj, okazało się iż mimo tylu zakazów, braku ścieżek rowerowych i przychylnego oka dla rowerzystów są tu zwolennicy dwóch kółek… 

alternatywa sakw Ortlieb © Jacek Łukasik

nierozłączni © Jacek Łukasik


1 komentarz:

  1. Rachunek za kefir to nie zaokrąglenie, to promocja!

    OdpowiedzUsuń