Iran, państwo nieco odbiegające charakterem od poprzednich, w jakich byłem. Z wypiekami na twarzy wyczekiwałem, aż przekroczę granicę i postawię stopę na Irańskiej ziemi.
Ten kraj jednocześnie mnie odpycha jak i przyciąga, ze względu na duży nacisk religii, (za czym bardzo nie przepadam), oraz pięknymi terenami i bardzo przyjaznymi ludźmi (podobno?!). W ciągu jednego dnia możemy doświadczyć wszystkich pór roku, od srogiej zimy po piekielne lato. Kraj jest bardzo duży, spora część terenu to pustynie oraz przepiękne góry. Jedno trzeba przyznać, nie należy do łatwych dla rowerzystów. Musimy się nastawić na to, iż codziennie ujrzymy temperatury >40 stopni w cieniu. Jak udamy się na południe to doświadczymy nawet 50 i 60.

Aby wjechać do Iranu musiałem przekroczyć granicę od strony Armenii. Udałem się na przejście graniczne, był tam plac z dużym budynkiem po środku i płotami ciągnącymi się dookoła. Nic nie było opisane po angielsku, więc nie bardzo mogłem się odnaleźć, wszedłem do środka. Okazało się, że w budynku trzeba przejść kontrolę, wprowadziłem rower i musiałem ściągnąć wszystkie sakwy z roweru, a następnie włożyć do maszyny, która je prześwietli. Pokazałem paszport, wszystko OK. Ubrałem mojego rumaka i ruszyłem do kolejnego okienka. Nie było obsługi, więc ja i kilku Irańczyków czekaliśmy dobre 15 min. W końcu przyszedł pan, kilka pytań po rosyjsku, skąd, dokąd i czy jadę sam. Pieczątka wbita, Armenia opuszczona. Teraz trzeba było się przebić na stronę Iranu, najpierw pierwsze okienko, w którym pokazałem paszport, potem znowu duży budynek (coś z paszportem w nazwie). Także musiałem wprowadzić rower do środka i znowu chcieli go skanować, ale mówię, że po stronie armeńskiej raz już to robili i nie mam nic godnego ich uwagi. Lewa sakwa to kuchnia, prawa to łazienka a z tyłu garderoba i namiot. Pracownik pomacał z wierzchu i machnął ręką. Pieczątka i można dalej, do trzeciego okienka, które było już przy moście. Podałem pracownikowi paszport i słyszę pytanie, z jakiego kraju jestem? – Polsza - mówię. Ten rozmyśla po 2 minutach znowu się pyta, jaki kraj? Widocznie nie umiał odczytać łacińskiego, więc zacząłem wymieniać wszystkie znane mi obco języczne nazwy Polski, w końcu zaskoczył, witamy w Iranie.

Mimo, iż wiele czytałem na temat Iranu przed wyjazdem, i wszystkie opinie były bardzo pozytywne, ale przekraczając granicę poczułem lekki niepokój, lęk przed nieznanym. Dosłownie wystarczy kilka kilometrów i nagle jesteśmy w innym świecie. Najbardziej przeraził mnie język perski. Wszystkie znaki włącznie z nazwami miejscowości były po persku, na głównym drogach na szczęście pojawił się łaciński. Na początek, udałem się do wioski, aby zobaczyć jak ludzie żyją i zrobić pierwsze zakupy. Dosłownie jakbym dostał z "liścia w pysk". W portfelu lekki nie ogar, a ceny to już w ogóle, wszystko po persku, kreski, ślimaczki i cholera wie, co jeszcze. Poczułem się jak małe dziecko uczące się życia. Niepewnie pokazywałem palcem, co chce kupić, a następnie otworzyłem portfel i zaczęła się walka o ustalenie ceny, bo nie szło się z nim dogadać. Posiedziałem trochę w sklepie, wypiliśmy razem czaj i próbowaliśmy porozumieć się na migi. Po prawie godzinie ruszyłem dalej, dostałem od sprzedawcy na drogę butelkę z zamrożoną wodą, czekoladę i jeszcze jakieś cukierki, bardzo sympatyczny człowiek. Później jak przeliczyłem to wydałem jedynie 15 zł w sklepie, a wyszedłem z jednorazówką smakołyków.
![]() |
| ponad 40 stopni w cieniu, to nic nadzwyczajnego w Iranie |
Czas ruszyć w kierunku Marand, jedno z większych miast od granicy. Jadąc przez wioskę przypomniał mi się film „Helikopter w ogniu”, domy z gliny, wszystko w kolorze piaskowym i masa starych motorów. W tej części Iranu jest biednie, znajdują się tu tylko małe wioseczki. Jadę dalej, raczej próbuję jechać, bo za bardzo mi nie idzie. Znowu góry, podjazdy, a z każdym kilometrem czuć coraz mocniejszy żar spadający z nieba, dosłownie piekło. W zasięgu wzroku tylko góry i piasek, żadnego skrawka cienia. Armenia przez ostatnie dni mnie tak zajechała, że jazda w ogóle nie szła, a o przyjemności z niej płynącej nie było nawet mowy.

![]() |
| bezalkoholowe piwo z witaminami |
Dotarłem do małego miasteczka Kharavana, znalazłem sklep, ale był zamknięty, a że obok był cień to siadłem na ławce odpocząć. Długo nie trzeba było czekać i zaraz podszedł do mnie Irańczyk. Zero angielskiego, tylko perski i turecki, więc znowu kombinacje alpejskie, aby się porozumieć. Nim się oglądnąłem zebrało się prawie 10 osób, każdy musiał mnie dotknąć, coś powiedzieć, mało nie "eksplodowali" z emocji. Dowiedziałem się, że sklep jest niedaleko, prosto i w lewo, to podjechałem. W środku na szczęście spotkałem starszego pana, który jest profesorem i mówił w miarę po angielsku. Trochę opowiedział mi o Iranie i pomógł zrobić zakupy, sprzedawca "ni pani maju po angielsku". W tym momencie najistotniejsze było dla mnie jak jest woda. Po turecku SU, a po persku wymawia się OB. Poradził mi, aby jechać inną drogą do Marand niż wskazuje mi nawigacja, lepsza dla rowerzystów. Udałem się we wskazanym kierunku, zjeżdżam w dół wielką górską serpentyną i pognałem przed siebie. Po kilkunastu kilometrach siadłem na trawie, aby dokładnie obadać mapę, bo coś mi nie pasowało. Na mapie w miarę ok, ale nie jest za szczegółowa, włączyłem nawigację i doznałem szoku. Ta droga była o 130km dłuższa niż pierwotna. 200km zamiast 70km. Góry górami, ale o tyle więcej to przegięcie, tym bardziej, że musiał bym się wracać w kierunku granicy, a widziałem już tamte tereny. Wkurzony wracam do wioski, ale najpierw musiałem się wspiąć z powrotem na serpentynę, z której tak szybko zjeżdżałem. Po powrocie pytam się młodych o drogę, nie bardzo wiedzieli, ale zaraz podjechało auto i jeden z osób mówiła po angielski. Krótka rozmowa i znowu zanim się obejrzałem stało wokoło mnie z 20 osób (sami mężczyźni), auta pozostawali na środku ulicy z włączonymi silnikami, nawet nie zamykali drzwi. Ogarną mnie lekki lęk, czy zaraz mi lania nie spuszczą. Byli bardzo ciekawscy, znowu każdy musiał dotknąć mnie i mojego roweru. O mało między sobą się nie pobili, o to, kto miał mi udzielić rady gdzie jechać. Oczywiście wyszło na to, że moja pierwotna trasa była sporo krótsza, czy łatwiejsza, tego to nie wiem. Ruszyłem dalej tak jak wskazywała mi nawigacja.
![]() |
| irańskie riale |
![]() |
| irańskie riale |
Irańskie pieniądze. Temat ciekawy, a sama waluta jest najbardziej problemowa, z jaką miałem do czynienia. Obowiązują dwie waluty, oficjalne riale, oraz nieoficjalne tumany. Jaka różnica, niewielka. Jak chcemy tumany, to odejmujemy jedno zero od kwoty w rialach. Problem jest tego typu, że tutaj operujemy w tysiącach, ba setkach tysięcy a nawet milionach. Niektórzy używają riali, niektórzy tumanów, więc zawsze trzeba się spytać, aby się upewnić. Nominały banknotów są tak duże, że monety są prawie nieużywane. Sprzedawcy prędzej zaokrąglą cenę (albo dorzucą ciastko czy gumę), niż będą się bawić w wydawanie monet. Nie zdziwcie się jak zobaczycie w swoim portfelu banknoty, które są klejone w kilku miejscach taśmą klejącą i to każdy jeden! Do sprawdzania aktualnych kursów walut zawsze używałem aplikacji XECurrency. W każdym poprzednim państwie wszystko się zgadzało. W programie pokazywało mi np. 1$ - 3,80 zł to w kantorze dostawałem 3,70 zł. Ale z irańską walutą jest inna bajka. Sprawdzam kurs w mojej aplikacji i widzę 1$ - 29,850 rial. Ok, udaję się do kantoru i pytam, jaki jest kurs za jednego dolara. Pracownik chwilę klepie na kalkulatorze i następnie pokazuje mi kwotę 33,375 rial. Patrzę z nie dowierzaniem, może to błąd programu. Za kilka dni w innym kantorze ta sama sytuacja, kurs sporo wyższy niż w programie. Po miesiącu jest dalej tak samo, z czego +
jestem zadowolony.
Największy nominał, najpierw myślałem, że jest to 100 000 rial (jakieś 10 zł). Jak wymieniłem pierwsze 100$, to musiałem podzielić pieniądze, część do portfela, a resztę do torby. Tyle tego było, że nie mogłem pomieścić. Następnie dowiedziałem się, że mają tu coś z jeszcze większa wartością, a jest to czek podróżny na 500 000 rial. Wygląda jak banknot i taką ma funkcję, jedynie inna nazwa. Później znowu zostałem zaskoczony i kilku innych podróżników, co mieszkali ze mną w Teheranie, otóż jest jeszcze większy czek. Dokładnie na 1 milion rial, tak to już największy.
![]() |
| najpierw trzeba zwilżyć chleb, aby się nie połamał |
Budzik nastawiłem na 4 rano, aby przejechać jak najwięcej kilometrów, zanim znowu zacznie smalić. Ale nie wszystko poszło tak jak zaplanowałem, wstałem dopiero o 8, jedynie 4h później. Na szczęście wzdłuż mojej trasy ciągnęła się rzeka to, co kilka kilometrów wskakiwałem w ubraniach, aby się schłodzić. Dojechałem do małej wioski, był tam 15 latek, który nieco mówił po angielsku i udało się zrobić zakupy. Znowu dostałem jakieś drobne smakołyki na drogę. Pakując do sakwy prowiant, podszedł do mnie koleś, przed 30. Trochę pogadaliśmy i stwierdził, ze jest za gorąco, abym jechał w taką pogodę, zaproponował abyśmy poszli posiedzieć do jego ogrodu. Hmm, czemu nie, w końcu nigdzie się nie śpieszę. Po drodze dołączyło się kilku kolejnych i udaliśmy się do gaju. Objadaliśmy się owocami, następnie rozpalili sziszę ze smakowym tytoniem. Popalając uczyliśmy się nawzajem obcych nam języków. Oni mnie podstaw perskiego, zwłaszcza jak ogarnąć te nieszczęsne ceny, a ja ich polskiego. Następnie jeden z nich zrobił zakupy, przyniósł czajnik i patelnię i zaczęliśmy gotować na ognisku. Nim się nie obejrzałem przesiedziałem z nimi pół dnia. Miałem masę pytań związanych z Iranem, a oni natomiast byli ciekawi świata poza ich krajem.
Zaproponowali, abym został na noc, a jutro autem zawiozą mnie wraz rowerem do Tabriz. Nie wiem, dlaczego, ale odmówiłem, pewnie przez to, że chciałem własnymi siłami pokonać całą drogę. Pożegnałem się z nimi, ostatni raz nura do rzeki i znowu walka z podjazdami. Przez kilka kilometrów eskortowali mnie na motorze, ale później zawrócili do domu. Mimo, iż była godzina po 17, smaliło nieziemsko, podjazdy przeogromne a moje morale chyliły się ku zeru, kompletny brak sił i motywacji. Zszedłem z roweru i pchałem go przez kolejne serpentyny, nawet to nie szło łatwo. Po kilkudziesięciu km zatrzymał się przede mną Irańczyk, zapytał czy mnie podwieźć, ani sekundy się nie zastanawiałem i zaraz wpakowaliśmy rower w jego osobowe auto. Jako, iż miałem dość gór zmieniłem trasę bezpośrednio na Tabriz. Długo się nie nacieszyłem jazdą autem, ponieważ trafiliśmy na tak stromy podjazd, że nie mógł wjechać tam swoim załadowanym autem… Wysiadka, musiałem pchać rower dalej, a on walczył z podjazdem, po około 2km mnie dogonił i podrzucił jeszcze kawałek. Dalej jechał już w innym kierunku niż ja. Na pożegnanie dostałem kilka gruszek i każdy ruszył w swoją stronę.
Jadąc drogą zobaczyłem polanę, a obok sad, tak tu będzie niezłe miejsce na nocleg. Na polanie siedział koleś z dwójką dzieci, więc udałem się w ich kierunku zapytać o pozwolenie. Możesz znać angielski, francuski, rosyjski, niemiecki i kilka innych języków, ale jak nie znasz tureckiego bądź farsi to tutaj się nie dogadasz. Na szczęście wcześniej jak siedziałem w sadzie i uczyłem się perskiego z chłopakami, to zanotowałem sobie jak wymawiać najważniejsze dla mnie słowa jeden, noc, namiot. Załapali, o co chodzi, sukces. Rozbiłem się w sadzie, a oni podeszli zaciekawieni. I znowu się zaczęło, dotykanie wszystkiego, robienie mi zdjęć i emanująca radość z ich twarzy.
![]() |
| sklep rowerowy Saeeda |
Kolejnego dnia było już płasko, po drodze zaprosili mnie na czaj, ale aby nie wjechać za późno do Tabriz, szybko wypiłem i pojechałem dalej. Chciałem znaleźć słynny sklep rowerowy Saeeda Mohammadi, musiałem dokupić koleją oponę, aby mieć 2 w zapasie. Problem był tego typu, iż potrzebowałem internet, a w Iranie mają jeszcze większego bzika na punkcie internetowego bezpieczeństwa, więc wszystkie sieci zaszyfrowane. Przez pewien moment poczułem się bezradny jak niemowlę. Gdzie teraz, co teraz. Zebrałem się w garść i ruszyłem w poszukiwaniu kogoś, kto zna angielski, pewnie sklepy z elektroniką, strzał w 10. Zapytałem się o Wi-Fi, nie miał, ale skierował mnie dalej do kolejnego gościa, kolejny do jeszcze innego a jak rozmawiałem z tym innym to przyszedł już ostatni. On mnie zaprowadzi do internetu, przeszliśmy razem z 1 km do jego znajomego, dał mi hasło do Wi-Fi i mogłem zacząć działać. Oczywiście połowa aplikacji oraz między innymi Facebook nie działa w Iranie, więc znalazłem tylko adres sklepu rowerowego. Zapytałem, gdzie to jest i znowu nim się nie obejrzałem otoczyło mnie kilku gości i każdy chciał pomóc. Narysowali mi mapę i dotarłem bez problemu.
![]() |
| Behnam z córką Elay |
W sklepie złożyłem zamówienie na nową oponę, i chciałem ją od razu założyć, aby tą, która jest założona (składana) schować na czarną godzinę. Jako, iż jestem turystą to serwis gratis, a z oponą od razu dali nową dętkę. I w tym właśnie sklepie poznałem Behnam’a, trzydziestodwuletniego nauczyciel angielskiego, który przyszedł odebrać swoje części rowerowe. Jak dowidział się, że jestem turystą z polski (Lahestan), to kazał zostawić rower ze sprzętem w sklepie i zabrał mnie swoim samochodem na tournée po Tabriz.
![]() |
| irańska sim karta |
Jako, iż potrzebowałem karty sim, udaliśmy się do sklepu operatora sieci komórkowej. Tak się składa, że w Iranie działają tylko ich karty sim oraz karty bankomatowe. Masz jakąś z kart z poza ich kraju, zapomnijcie, że jej użyjecie. Aby kupić kartę sim, musiałem dać paszport do skserowania oraz zostawić dwa odciski mojego palca. Za kartę sim oraz pakiet 1GB Internetu zapłaciłem 280 000 rial. Karta będzie aktywna dopiero za godzinę. Aby wszystko mi śmigało jak należy, potrzebowałem jeszcze zainstalować program, który nazywa się PSIPHON. Dzięki niemu mam pełen dostęp do wszystkich moich programów oraz Facebooka. Następnie udaliśmy się do 5 gwiazdkowego hotelu, aby zjeść obiad. Szwedzki stół, jesz, co chcesz i ile chcesz, pychota. Tutaj po raz pierwszy zasmakowałem klasyczny irański kebab, który w ogóle nie przypomina naszego. Podawany jest na talerzu i tu uwaga: u nich kebabem jest same mięso grillowane na ogniu! Reszta to osobne dodatki, które wybieramy. Mamy dwie opcje podania z ryżem oraz chlebem. Najczęściej dostajemy także do ryżu kostkę masła oraz limonki (z sokiem ryż smakuje naprawdę kapitanie). Czasami dodadzą także grillowane pomidory oraz papryczki.
![]() |
| 3 miesięczna Elay |
Po objedzie pognaliśmy szybko do sklepu odebrać mój rower, zaraz mieli zamykać. Behman postanowił, że pokaże mi park gdzie mogę się rozbić na noc. Oferował mi nocleg u siebie, lecz odmówiłem ze względu na to, iż ma 3 miesięczną córeczkę i małe mieszkanie. Aby było szybciej chwyciłem się otwartego okna jego auta i tak pędziliśmy kilkanaście kilometrów przez zatłoczone miasto. Aby utrzymać lepszą równowagę i sterowność, warto oprzeć kolano o auto. Odciąża to rękę, a przy szybkim przyśpieszeniu auta jesteśmy w stanie uniknąć utraty kontroli nad rowerem (oczywiście mowa o rowerze, który waży 70kg).
W parku jak to w parku, sąsiadów w namiotach nie brakuje, oraz najwięcej ludzi przyjeżdża w nocy 22-23 godzina. Następnie rozkładają namioty, gotują, jedzą, piją (oczywiście czaj) i świetnie się przy tym bawią do samego rana.
![]() |
| typowe irańskie śniadanie |
Następnego dnia Behman przyjechał do mnie z rana. Jako, iż on musiał jechać na zajęcia angielskiego, które prowadzi, zapytał się mnie, co mam zamiar teraz robić. W tym momencie potrzebowałem internetu, aby nadrobić zaległości z blogiem. Oczywiście skończyło się tak, że wylądowałem w jego domu.
Jako, iż miałem przewodnika po mieście postanowiłem przedłużyć wizę irańską, aby mieć to z głowy. Od początku w planach był okres dłuższy niż miesiąc. Udaliśmy się do budynku Passport office. Wszedłem sam, aby czasem nie przyczepili się do Behmana, kim dla niego jestem i gdzie nocuję. Udałem się na piętro i zapytałem możliwość przedłużenia. Niestety mi odmówili, mam przyjść ponownie, ale nie wcześniej jak tydzień przed upływem terminu, spróbuję później.
![]() |
| Kandovan |
![]() |
| najróżniejsze przyprawy |
![]() |
| ludzie nadal żyją w domach wydrążonych w skałach |
Poprosiłem Behmana, aby zawiózł mnie do słynnej wioski Kandovan. Jako, iż było to ok 60 km od Tabriz, to nie chciało mi się jechać rowerem. Zgodził się bez problemu. Kupiłem benzynę za 10 tys. tumanów, które starczyło na 200 km jazdy, a przeliczając na polskie, wydałem około 10 zł. Wioska leży w górach, a w skałach są wydrążone mieszkania, które ludzie zamieszkują po dzień dzisiejszy. Hmm powiem tak, nie było źle, ale spodziewałem się czegoś więcej. Wyobrażałem sobie wielkie góry, masę wydrążonych mieszkań w skałach, duży kompleks. A było tam zupełnie inaczej. Oczywiście nie było katastrofy, super prezentowały się skalne domy i całość, jako wioska, ale zrobili z tego typowe turystyczne miejsce do nabijania kasy. Wszędzie stragany, świecidełka oraz inne cuda do sprzedania. Masa aut i ludzi, zero jakiegokolwiek klimatu. Takich miejsc staram się unikać…
![]() |
| abhost |
Tego dnia miałem okazję zjeść najdziwniejszy posiłek w moim życiu. Głównie chodzi o sposób, w jaki jemy. Potrawa nazywa się Abghost. Dostajemy tacę z miską, chlebem, cebulą, tłuczkiem oraz kubkiem z zupą.
-krok pierwszy, najpierw przelewamy sam wywar z kubka do miski;
-następnie skubiemy małe kawałki chleba do miseczki;
-jak zapełnimy miskę, czekamy chwilę aż chleb nasiąknie i zjadamy zagryzając surową cebulą;
-miska pusta, czas na kolejny krok
-opróżniamy kubek do miski ze wszystkich pozostałości, takie jak groch, pomidory, mięso oraz inne cuda.
-bierzemy tłuczek w dłoń i gnieciemy wszystko na miazgę;
-teraz urywamy kawałki chleba i smarujemy je pastą, którą uzyskaliśmy.
Smacznego!
Czaj, czyli herbata. Tak samo popularny jak w Turcji, ale sposób picia jest nieco inny. W Turcji jak podano nam herbatę, to kostki cukru wrzucaliśmy do szklanki, a następnie mieszaliśmy łyżeczką. Tutaj natomiast bierzemy kostkę cukru, którą lekko moczymy w herbacie, aby nasiąkła. Następnie kładziemy na języku, lecz nie połykamy. Teraz bierzemy małe łyczki herbaty opływające nasz cukier, który się rozpuszcza. Jeżeli herbata jest dla nas za gorąca, a chcemy ją szybko wypić. Wtedy przelewamy część do spodka od szklanki. Chwytamy jedną ręką i pijemy drobnymi łykami.
Udaliśmy się na bazar w Tabriz. Niby bazar, jak każdy inny, ale ten miał nieco inny charakter. Różnił się znacząco od tureckiego, który znałem. Ciężko opisać w kilku słowach, na czym polegały różnice, ale głównie chodziło o klimat, nawiązanie do tradycji bądź oferowane produkty. Mieszkańcy miasta szczycą się tym, że ich ręcznie robione dywany są najlepsze na świecie. Bazar jest oczywiście bardzo duży, więc trzeba wiele godzin, aby go obejść. Można nabyć tam najróżniejsze produkty.
![]() |
| bazar |
![]() |
| sklep numizmatyczny |
![]() |
| taką odznakę dostawały kobiety w Rosji, po urodzeniu 10 dzieci |
![]() |
| meczet |






































Jak to tej pory to Iran dla mnie najciekawszy, powodzenia
OdpowiedzUsuńA jak tam sklepy rowerowe w Iranie. Myślałam o wyjeździe do Iranu i zakupie roweru na miejscu. Czy w Iranie bez problemu można znaleść sklep rowwrowy? Jakie są ceny?
OdpowiedzUsuńW większych miastach nie ma żadnego problemu. Sporo sklepów, dobrze wyposażone, a ceny porównywalne z polskimi. Napisz prywatną wiadomość do mnie to podeślę Ci namiary na znajomego z Iranu co ma sklep rowerowy.
Usuń