 |
| świątynia tygrysów, zachodnia Tajlandia |
Tajlandia część druga, zapraszam.
Kolejnym punktem na mojej liście atrakcji była świątynia tygrysów. Wstęp 600TBH, dzięki temu mamy wstęp na teren z tygrysami i innymi zwierzakami. Samych tygrysów jest 141. Część z nich żyła w świątyni od urodzenia. Można było je pogłaskać i zrobić z nimi fotki.
Były także pakiety ekstra, za które trzeba było sporo dopłacić, ale dzięki temu można było karmić młode tygrysiątka mlekiem, bądź chlupać się razem z nimi w zbiorniku wodnym. Pytałem się treserów, ale wszyscy jednoznacznie zaprzeczali, chodzi o to, dlaczego te tygrysy są takie zamulone. Według mnie musiały być nieźle naszprycowane. Atrakcja naprawdę fajna, móc pogłaskać i pójść na spacer z tak wielkim i groźnym zwierzakiem.
 |
| dojście do jaskini Krasae |
 |
| jaskinia Krasae |
Następnie udałem się do małej jaskini Krasae, przyznam, że trochę się namęczyłem zanim ją znalazłem. Aby do niej wejść trzeba było przejść po torach znajdujących się nad rzeką. Ale większa niespodzianka spotkała mnie jak opuściłem jaskinię i poszedłem do mojego roweru. Flak w przednim kole, tak to pierwszy flak od 3 tys. km, dokładnie Armenii. Jako, że komary gryzły, a było już późno, postanowiłem, że jedynie dopompuję powietrza i szybko znajdę miejscówkę na noc. Powietrze, aż tak szybko nie uciekało to można było przejechać kilka km na jednym pompowaniu, których późnej okazało się, że było wiele.
 |
| pierwsza nocka na posterunku policyjnym |
Ciężko było znaleźć miejscówkę, więc w końcu spasowałem i stanąłem przy budce z ochroniarzem. Zmieniłem dętkę, a w tym czasie zrobiło się już kompletnie ciemno. Zapytałem się, czy mogę przenocować obok budki, on się zgodził, ale jego szef nie bardzo. Ale ochroniarz powiedział (dobra, wywnioskowałem z gestów rękoma), abym udał się na szczyt wzgórza, na którym się znajdowałem, tam znajdę posterunek policji. Na szczęście policjant trochę mówił po angielsku i pozwolił mi się rozbić z namiotem na noc.
 |
| to właśnie ten nieszczęsny zakręt, na którym się wyłożyłem |
Następnego dnia udałem się nad wodospad Erawan. Zapłaciłem za bilet 300TBH i pech chciał, że 100m dalej zjeżdżając z górki wyłożyłem się na zakręcie przy prędkości 50km\h. Trochę się poobijałem oraz razem z rowerem i bagażami byliśmy cali poobdzierani przez asfalt. Za bardzo chciałem położyć rower na zakręcie i tak się zakończyło. Tak, więc cały czarno czerwony udałem się w stronę wodospadu.
 |
| Park Narodowy Erawan |
Dosłownie raj na ziemi. Piękne tereny, a woda czyściutka. Długość wodospadu prawie 2km, przy czym było 7 głównych uskoków. Każdy oznaczony znakiem, aby czasem nie przeoczyć w dziczy, przez którą się maszerowało. W krystalicznie czystej wodzie pływało sporo ryb, które lubiły podgryzać pływających ludzi. Nie były to mocne ugryzienia, ale kto lubi jak coś go skubie pod wodą, tym bardziej jak 20 takich mordek dorwało się na raz. I jedna porada, jakby ktoś wybierał się na trekking do dżungli, zapomnijcie o kapciach, sandałach i tym podobnych. Boso także odradzam. Najlepszym rozwiązaniem są porządne buty trekkingowe. Wszystko jest wilgotne i bardzo śliskie, więc konkretne buty to podstawa. Najprawdopodobniej będą całe mokre i zgnojone po marszu, ale za to nie połamiecie nóg.
 |
| standardowa łazienka w Azji |
Kilkanaście kmetrów dalej znajdowała się jaskinia Phratat. Chciałem tego samo dnia do niej dojechać, ale znajdowała się na górze, na którą musiałem wjechać w tropikalnej ulewie, to spasowałem i rozbiłem się u gospodarza pod wiatą.
 |
| wejście do jaskini Phratat |
Następnego dnia z rana dojechałem do jaskini. Najpierw trzeba było zakupić bilet, ponieważ wcześniej byłem nad wodospadem Erawan, to wstęp był za free, na tym samym bilecie. Kolejnym krokiem była wspinaczka po cholernie śliskich schodach przez 600m. Na górze nikogo nie było, więc samotnie wszedłem do jaskini, dopiero w niej znalazłem przewodnika z grupą. Wyprowadził ludzi i zrobił ze mną szybki obchód. Ogromne wrażenie na mnie zrobiła ta jaskinia, przepiękna. W głównej komnacie wysokość wynosiła do 20m.
 |
| 223km w 9h 10min |
 |
| a tak wyglądał rower po 9 godzinnym maratonie w deszczu |
Dzień wcześniej zaczęło padać, to lało całą noc i dzisiejszy dzień. Czekałem ponad godzinę aż trochę przestanie, ale nie było, co się łudzić. Jako, iż byłem cały obolały po upadku, a rany babrały się od wilgoci, postanowiłem, że tego samego dnia wrócę jeszcze do Bangkoku. Dostałem jakiś super mocy i trasę długości 223km, która prowadziła w znacznej części przez zatłoczone miasta pokonałem w 9h i 10 min. Po dojechaniu na miejsce byłem żywym trupem. Jak zamówiłem jedzenie, to nie miałem sił jeść.
 |
| stołówka w świątyni |
 |
| od lewej - Rusek, Niemiec, Rusek, Polak, Rusek, Rusek |
 |
| Chinatown w Bangkoku |
W międzyczasie jak kurowałem się Bangkoku, do mieszkania przyjechali kolejni goście. Tym razem 4 Rosjan i Niemiec. Razem w 6 udaliśmy się do hinduskiej świątyni w centrum. W Indiach jeszcze nie byłem, ale dzięki tej wizycie miałem okazję zaznać, choć odrobinę kultury tego kraju. Jak to w świątyniach, trzeba było nałożyć długie spodnie, ale tu obowiązywał dodatkowy wymóg, nakrycie głowy dla wszystkich. Najpierw udaliśmy się na stołówkę, aby objeść się indyjskim jedzeniem. Przepyszne, dużo lepsze niż tajskie. Bardzo zasmakowała mi herbata, która wygląda jak kakao, a jej nazwa to masala. Następnie udaliśmy się 2 piętra wyżej, aby na żywo posłuchać indyjskiej muzyki, świetna sprawa.
 |
| trójgłowy wielki słoń, jeszcze w Bangkoku |
 |
świątynia prawdy, Pattaya
|
Czas kierować się w stronę Kambodży, niedaleko miasta Pattaya znajduje się świątynia prawdy. Cała z drewna, masa detali i ten efekt, coś kapitalnego. Pech chciał, że akurat była w remoncie, ale nie przeszkadzało to za bardzo. Cena za wstęp 500 bath. Efekt na prawdę powalający.
 |
| zachód słońca Pattaya |
 |
| Walking Street, Pattaya |
Co do miasta Pattaya, jest to jedno z najbardziej przesiąkniętych seksem, narkotykami oraz imprezami miejsc w Tajlandii jak i na świecie. O nic nie trzeba się pytać, wystarczy wyjść na jedną z wielu ulic a wszystko samo przyjdzie do was. Miejsce na pewno nietuzinkowe, najczęściej spotkamy tu starszych panów z Europy. Ale nie tylko, nie brakuje tu ludzi młodych jak i par w najróżniejszym wieku. Na kolejnej pozycji chińskie wycieczki. Zapomniałem o pozycji numer 1, najwięcej zobaczymy tu ladyboyów. Tak i najczęściej nawet nie będziecie tego świadomi. Będą was obsługiwać w sklepie, restauracjach, albo ciągnąć do łóżka.
Raz miałem taką sytuację jak spałem na plaży i o 6 rano obudził mnie ladyboy. Naćpany i napalony prosił, abym pozwolił mu, że zrobi mi loda. Zacząłem wyzywać go i kazać mu spierd***ć, ale ten dalej próbował swoich sił. W końcu nie wytrzymałem wyciągnąłem metalową pałkę, którą używam na dzikie psy. Tak, także działa i na ladyboyów. W końcu odpuścił.
 |
| góra złotego Buddy, nieopodal Pattaya |
 |
| krocionóg |
Do granicy z Kambodżą nie daleko, ale jazda idzie jak krew z nosa. Cały dzień pod wiatr, zaczęły się górki i słońce smali niemiłosiernie. Udało się, jest granica i jest już ciemno. Najpierw podszedłem do okienka, aby załatwić sprawę od strony tajskiej. I tu ważna sprawa. W samolocie dali mi druczek składający się z dwóch części. Jedną zabrali na lotnisku, a drugą zostawili mi, nie wspomnieli, że będzie nadal potrzebny. Tak, przy opuszczeniu kraju musiałem oddać im ten druczek. Na szczęście miałem go nadal ze wszystkimi papierami. Ta strona załatwiona, przejeżdżam na drugą. Oczywiście żadnej kontroli nie było, ludzie także chodzili lewo prawo jak chcieli.
 |
| ostatnia wyżerka przed Kambodżą |
Najpierw musiałem podejść do okienka z wizami, dali standardowy druczek. Wypełniłem, dokleiłem jedno zdjęcie paszportowe, oraz 35$. Wszystko oddałem dla pracownika i po 2 min miałem wizę. Teraz musiałem podejść do okienka, obok, aby powbijali pieczątki i znowu podarowali taki sam druczek jak dostałem w samolocie. Tu, chociaż pomyśleli i z automatu zszywaczem przypinali go w paszporcie. Witamy w Kambodży!
W Tajlandii przejechałem łącznie 1477km w czasie 72h 10min.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz