Kambodża. Zanim przeczytacie moją wersję na temat tego kraju, warto abyście wiedzieli, że ilu ludzi spotykałem po drodze, to tyle było wersji na temat tego kraju. Od miłości po nienawiść. Ale była jedna zależność, im wolniej ktoś podróżował, tym bardziej go nienawidził… Dla mnie, jest to najbardziej znienawidzony kraj, w jakim miałem okazję postawić stopę. Nie wiem, od czego nawet tu zacząć. Od całodziennego słuchania hello, czy może trudnej historii tego kraju, albo od cen, które są wyższe niż w niejednym europejskim kraju, czy może…
![]() |
| pierwszy widok jaki mamy po przekroczeniu granicy |

Tak wiem, ten kraj miał bardzo burzliwą historię i jest bardzo biedny, ale umiar do cięcia w chuja na turystach powinien być, a Khmerzy go nie znają. Od pierwszego dnia dało mi się już we znaki, że na każdym kroku trzeba walczyć o cenę, bo z miejsca jest kilkaset % wyższa. Kwestia druga, lokalna waluta w teorii to riele, a w praktyce dolary. Tak, wszędzie wołają o dolary, ceny w dolarach i najlepiej, aby mieć ze sobą worek tych pięknych zielonych banknotów. Momentami dosłownie dostrzegałem, jakby ci ludzie mieli znaki dolarów w oczach.
![]() |
| kambodżańskie riele |
![]() |
| reszta w dwóch walutach |
Oczywiście w każdym kraju wymieniam dolary na lokalną walutę i tutaj także tak zrobiłem. W kantorze nawet kurs jest zaokrąglony tak, aby równe 4000 rieli wynosiło 1$. Więc jak dochodziło do płatności, to lokalni wielkie oczy. Biały nie ma dolarów, tylko nasze śmieciowe riele?? Niemożliwe.
![]() |
| uliczne smakołyki |
![]() |
| pominę zupkę chińską zalaną wrzątkiem z dodatkiem kości, ale wędzone mięso w miseczce kapitalne |
![]() |
| przydrożna stacja paliw, oraz czerwone lodówki z browarami |
![]() |
| bambus nadziewany ryżem |
Kolejny aspekt, bieda, dosłownie nic tu nie ma. W najczęściej spotykanych sklepach spożywczych kupimy próbki szamponów, chipsy, piwa, śmieciowe napoje i parę innych bzdetów. Oczywiście wszystkie sklepy są umieszczone przy głównej drodze, których jest kilka w Kambodży i przecinają cały kraj. Jak tylko zjedziemy z głównej to utopimy się w czerwonej glinie, która jest wszędzie.

Czas na jeden z głównych gwoździ do trumny. Te ich zjebane „hello”, inaczej nie da rady tego określić. Rozumiem, widzą turystę i chcą się przywitać, „jacy to my jesteśmy przyjacielscy i otwarci”. Na początku, dokładnie przez pierwsze 2 dni też tak o tym myślałem. Mówią je dosłownie wszyscy, 99% społeczeństwa od dziadków z 90 na karku po niemowlaki, które pewnie jeszcze nie potrafią powiedzieć mama i tata, ale za to hello perfekcyjnie im wychodzi. Momentami zastanawiałem się, czy czasem w szkołach nie mają przedmiotu odpowiadającego za właściwe wypowiedzenie hello. Dosłownie wszyscy, którzy wypowiadali standardowe hello, używali tej samej tonacji, nawet głos brzmiał tak samo jakby te 1000 różnych hello wypowiedziała jedna osoba.
Pewnie większość się zastanawia, czego się tak uczepiłem tego hello, a zwłaszcza Ci, co byli w Kambodży. Otóż drodzy państwo, większość turystów odwiedza główne miasta, zazwyczaj Sieam Reap Phnom Penh i ewakuacja z kraju. A w autobusie nie usłyszymy hello. Jak ktoś leci motorem, to bym bardziej z kaskiem na głowie. Ale jak ja jadę 20-25km/h przez wszystkie zadupia to dziennie z 1000x usłyszę, te zjebane hello. Dosłownie pierdolca szło dostać. Wybiegają na ulicę, drą się z podwórek, z okien i tak od rana do wieczora, codziennie. Nie było nawet 5 minut spokoju.
Ale po 2 tygodniach spędzonych w tym kraju (dłużej nie wytrzymałem), może rozróżnić kilka rodzai hello.
HELLO HELLO HELLO!!! – małe dzieciaczki, które zobaczyły białego dziwaka na obładowanym rowerze, przez co mało nie eksplodowały z radości. Tym jedynym, aż chciało się odpowiadać.
Hello – typowe wypowiadane przez większość ludzi, od młodych po starszych i najstarszych
heLLooo – młode cwaniaczki, które zapewne same nie wiedziały, czego chcą. Wypowiedzą te słowo z taką ironią i obelgą, że chciało się tylko...
Hello my BEST friend – naciągacze, sprzedawcy, oszuści, którzy zawsze mają best price for you my best friend
HELLO! – małe gnojki, które chciały głównie zwrócić na siebie uwagę
Hello, hello, hello… – napaleńcy, którzy będą to powtarzać, aż im nie odpowiesz
HELLO!!! HELLO!!! HELLO!!!... – to już poziom psychopata. Zazwyczaj typ zobaczy mnie 200m zanim jeszcze do niego dojadę i już zaczyna wydzierać mordę na całe gardło. Mijam go i dalej nie przestaje. Mało tego, jest za mną 200m i dalej piłuje mordę!!!
Mógłbym napisać mały felieton na temat hello, ale nie będę Was zanudzał, jeżeli ktoś chce przeżyć to na swoich uszach, to polecam marsz przez Kambodżę. Zrobiła to jedna z napotkanych po drodze kobiet i stwierdziła, że mało nie brakowało, a gołymi rękoma by ich pozabijała. Warto wspomnieć także o kierowcach tuk tuków, tak nachalnych ludzi, to jeszcze nigdzie nie widziałem. Odmówimy im, że chcemy rikszy, a ci i tak będą jechać za nami przez kolejne 200m i tylko powtarzając TUKTUK, TUKTUK… nóż w kieszeni sam się otwiera.
![]() |
| koniec jazdy |
Czas zacząć, co mnie tam ciekawego spotkało. Jadąc główną drogą dopadła mnie wielka monotonia. Dosłownie dom przy domie, sklepik przy sklepiku i wszędzie ludzie. Nic ciekawego, żadnej natury, dżungli nic. Więc postanowiłem odbić z głównej drogi i pojeździć trochę po bezdrożach. Oczywiście skończył się asfalt i zaczęła się wszechobecna czerwona glina. Straszne dziadostwo. Jak suche, to pyli jak cholera, a jak mokre to znowu super klejąca breja, która zasycha migiem i tworzy twarde zbite grudy. Pech chciał, że dopadł mnie deszcz, ulewa na całego. Więc z twardej gliny zrobiło się niezłe bagno. Próbowałem dalej jechać, ale ta glina kapitalnie nadaje się do zapychania napędów. Koła dosłownie, aż przestały się kręcić. Musiałem zejść z roweru i go pchać z zablokowanymi, kołami, ale szło beznadziejnie. Próbowałem patykiem wyskrobać to badziewie, ale po 10m znowu narosło. Postanowiłem się cofnąć do ostatniej wioseczki i spróbować udać się inną drogą. Ale najpierw trzeba było do niej dotrzeć… Wziąłem mój 50kg rower z bagażami na plecy i przeczłapałem się tak z nim ponad kilometr.
![]() |
| myjnia rowerowa |
Doszedłem do chatki, przy której były rowy z „wodą”, w rzeczywistości była to breja. Ale trzeba było umyć rower, bo nie nadawał się do jazdy. W bajorze spędziłem prawie 1,5h szorując rozebrany rower. Ciężko było usunąć tą cholerną glinę. Wisząca nad uchem banda dzieciaków, co chwilę wołająca o dolara też nie poprawiała humoru…

Jadąc ponownie główną ulicą trafiłem na parę rowerzystów. Tak pierwsi rowerowi turyści od 3 miesięcy nie licząc Carlosa w Iranie. Z miejsca ucieszyłem się jak małe dziecko na ich widok. Trochę pogadaliśmy, każdy poopowiadał swoje przygody, aż nagle wspomnieli mi, że właśnie wracają z organicznej farmy Oliviera. Jest dokładnie 30km od miejsca gdzie się znajdowaliśmy i można tam zakotwiczyć na dłużej. Bardzo pozytywnie opowiadali o tym miejscu, więc postanowiłem, że się tam udam.

Trochę niepewnie wjechałem na plac farmy, nie wiedziałem, czego dokładnie mam się spodziewać. Ale zaraz z domu wyszedł Oliver i z serdecznym Hi przywitał mnie i zaprosił na herbatę. Trochę porozmawialiśmy, Olivier opowiedział jak to się w ogóle stało, że znalazł się w Kambodży, mimo tego, że jest francuzem. W skrócie było tak, miał dom, dobre auto i świetną pracę. Ale po kilku latach materialne aspekty przestały mieć dla niego większe znaczenie i zaczęło mu w życiu czegoś brakować. W Singapurze mieszkała jego siostra, więc poleciał do niej na wakacje i tak podróż przerodziła się w miłość do Azji. A wybór padł konkretnie na Kambodżę. Oliver ma teraz dwóch synów i żonę, która jest rodowitą Kambodżanką. Zakupili plac ziemi i przeobrażają go w swoją organiczną farmę.
![]() |
| toaleta dla panów |
![]() |
| łazienka |
![]() |
| pralnia |
Na farmie nie posiadają na stałe podłączonego zasilania. Energię elektryczną magazynują w akumulatorach za pomocą paneli słonecznych. Energia starcza zaledwie na naładowanie telefonów, laptopa i włączenie świateł do ostatniego posiłku dnia. Nie posiadają TV, dostęp do Internetu sporadyczny. Mieszka z nimi także dwóch młodych ludzi z Francji, którzy pracują, jako prywatni nauczyciele dla dzieci Oliviera. Uczą ich języków obcych oraz innych przedmiotów. W zamian mogą mieszkać tam za free.
![]() |
| brak stojaka, trzeba improwizować |
![]() |
| herbata z niebieskich kwiatów |
Spędziłem na farmie 2 dni, trochę odpocząłem i doprowadziłem do porządku mój sprzęt. W końcu mogłem wszystko poprać, materac, ubrania, namiot. Oraz naprawić i wyczyścić rower, któremu się należała kąpiel.
![]() |
| nocka w namiocie w Azji, istna sauna |
Po opuszczeniu farmy kierowałem się na wschód, prosto do Angkor Wat, ale o tym kompleksie świątyń napiszę w osobnym poście. Po drodze dopadła mnie infekcja. Ból głowy, gardła, mięśni i kompletny brak sił do czegokolwiek. Oraz po kilkanaście razy dziennie czułem jakby wbijano mi w plecy kilkaset igieł na raz. Jako, iż w Kambodży służba zdrowia nie działa najlepiej, postanowiłem się wyleczyć antybiotykami, które zabrałem z polski. Po 2 dniach kuracji było znacznie lepiej, ale za szybko odstawiłem antybiotyk i zaraza powróciła jak bumerang. Więc kolejna seria i po dłuższym czasie w końcu udało mi się zwalczyć te choróbsko.
![]() |
| dopiero początek infekcji |
Ale to nie koniec problemów ze zdrowiem, jak chorować to na całego. Dopadła mnie także infekcja prawego oka. Na początku było zaczerwione i powieki spuchnięte, także ropiało. Ale jednego dnia zajechałem do knajpy na obiad i siedziało tak dwóch Kambodżan, koło 50. Byli już nieźle wcięci i mówiąc po angielsku, zaprosili mnie do stołu. Dołączyłem się z dystansem, ponieważ już różne historie słyszałem o ludziach zapraszających do wspólnego picia w SE Azji, czasami możecie zostać na końcu zmuszeni do zapłacenia za wszystkich. Ale wracając do tych dwóch kolesi. Dosiadłem się i zamówiłem ryż z warzywami. Stół był zastawiony browarami, więc zaraz podali mi jedno. Trochę pogadaliśmy, a butelka znikała za butelką. Kolejną kolejkę ja postawiłem i już lekko wcięty zeszliśmy na temat, kto gdzie pracuje. I jeden z nich, ten bardziej napruty oznajmia mi, że w szpitalu, który jest kilkaset metrów dalej. Mówię mu, że mam problem z okiem i potrzebuję pomocy. Od razu powiedział nie ma sprawy. Zjadłem obiad, spiliśmy browary do końca i ruszyliśmy chwiejnym krokiem na nasze maszyny. Ja na rower, oni na skutery. O dziwo wszyscy cało dojechali do szpitala. Koleś zaraz pobiegł do środka i przyniósł mi maść z antybiotykiem. Pomyślałem sobie, maść na oko, ogłupiał czy co?? Ale on i kilku z personelu zalecało, abym posmarował. Więc całe oko zababrali mi maścią, którą także mi podarowali.
![]() |
| nieco później prawie ślepy jak kret |
Po dwóch dniach nie widziałem znacznej poprawy, a co do tej maści też nie byłem przekonany. Poszedłem do apteki i mówię, że potrzebuję coś na moje oko. Dali mi magiczne ziołowe kropelki, które także pomogły tyle, co nic. Najbliższy okulista dopiero w stolicy za kilkaset km. Z oczami było już tak źle, że nie było wyboru, to pognałem do okulisty. Stwierdził, że to infekcja, nic poważnego, ale nie obejdzie się bez antybiotyku, tym razem w kroplach. Do tygodnia czasu miało być ok, po około 5 dniach problem zniknął, oczy wyleczone.
![]() |
| nocleg na posterunku policyjnym |
![]() |
| oraz popijawa z policjantami |
Jako dobrą radę dla podróżujących po Kambodży, mogę napisać, że jeżeli chodzi o darmowy nocleg, to warto uderzać na posterunki policyjne. 90% noclegów spędziłem właśnie tam. Mamy prąd, wodę, aby się wykąpać i zrobić pranie, ba zazwyczaj zapraszali do stołu na popijawę i wyżerkę z lokalnego jedzenia. Najczęściej większość z policjantów prawie nie mówił po angielsku, ale jak chcemy naprawdę się dogadać, to i słowa nie potrzebne.
C.d.n.
C.d.n.


























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz