Z wypiekami na twarzy czekałem na Wietnam. Ciężko opisać, co było konkretnym powodem. Temat wojny, kuchnia, kultura czy piękne tereny. Nigdy jednak nie sądziłem, że w jednym kraju można się zakochać i jednocześnie go znienawidzić.
![]() |
| przejście graniczne Kambodża - Wietnam |
![]() |
| wietnamskie dongi |
Do Wietnamu wjechałem od południa, Kambodży. Pierwsze, co chciałem zdobyć lokalną walutę. W aplikacji IPolak wyczytałem, że najlepiej udać się do banku albo hotelu. Ani jednego ani drugiego nie było w okolicy, więc udałem się do lokalsów. Dogadać się nie było łatwo, ale pokierowali mnie lewo prawo i trafiłem do babeczek siedzących na drewnianych skrzyniach, tak to był lokalny kantor. Wymieniłem 100$ i otrzymałem w zamian jakieś plastikowe banknoty z przezroczystym okienkiem. Są to wietnamskie dongi. Przelicznik jak w chyba każdym azjatyckim kraju w tysiącach. 10.000 dongów to około 1.7zł.
Pierwszego dnia chciałem trochę pojeździć po małych wioseczkach i spokojnych dróżkach, aby wczuć się w klimat Wietnamu. Do delty Mekongu miałem jeszcze kawałek, ale przyznam, że już się robiło ciekawie, wszędzie rzeki, koryta wodne, mostki naprawdę istny szał po monotonnej Kambodży. W samą deltę Mekongu za bardzo się nie zagłębiałem, ze względu na to, iż trzeba poruszać się tam głównie łódkami, a z moim załadowanym rowerem byłoby to niezbyt przyjemne. Mają tam takie powiedzenie, zanim dziecko nauczy się chodzić, umie już pływać łódka. Wystarczy spojrzeć na mapę i zrozumiemy, o co chodzi. Każda osoba, którą spotkałem i odwiedziła deltę, była zachwycona.
Także, co mi się rzuciło w oczy i w usta, to bagietki, kanapki, sandwicz, czy jak kto tam nazwie. W Kambodży można było je spotkać, ale tutaj po wizycie francuzów Wietnamczycy zaczęli się specjalizować w bułeczkach. Więc jak zobaczyłem stanowisko z bagietkami wypełnionymi kurczakiem i warzywami, to z miejsca zamówiłem 5 i pochłaniałem jedną za drugą.
Przez większość podróży jeżdżę bez papierowych map, lecz za to używam aplikacji mapsme. W każdym poprzednim państwie działała idealnie, ale w Wietnamie wszystko się rozjechało. Ani mapa się nie zgadzała, ani nawet moje położenie. Ogólnie wszystko było przesunięte i wzięte w ogóle chyba z innego końca świata. Więc sporo jeździłem na czuja, obierałem kierunek i tam się kierowałem. Dzięki takim akcjom, mamy lepszy kontakt z miejscowymi.
Pierwszą noc chciałem spędzić nad Morzem Południowochińskim. Tak miała to być piękna nocka. Będąc jeszcze w Tajlandii naściągałem filmów o Wietnamie takich jak Pluton, Czas apokalipsy, Łowca jeleni i kilka innych. Zakupiłem całą torbę najróżniejszych owoców, którymi będę się zajadał podczas nocnego seansu na plaży, takie były założenia. W praktyce wyszło tak, plaża to jeden wielki śmietnik, nawet lokalny gość odradzał abym się tam kąpał. Więc seans był w namiocie, bez kąpieli na brudasa. A że w Azji gorąc, to i też lało się ze mnie jak ze szmaty, ponad 30 stopni bez cyrkulacji powietrza. W nocy przebudziłem się, dopadły mnie rewolucje żołądkowe po zjedzeniu kilku kilogramów różnych owoców. Mało tego o 4:30 przyjechała policja, oczywiście standardowe pytania, co tutaj robię i wylegitymowanie.
![]() |
| kawiarenka cała zalana |
![]() |
| namiot także |
Ale najgorsze było dopiero z rana jak się obudziłem. Dryfowałem na moim materacu w wodzie. Tak morze wdarło się około 10m w brzeg, przy czym wszystkie moje sakwy włącznie z laptopem, który leżał na podłodze pływały. Wietnamski chrzest przed miesięczną wycieczką.
Kierowałem się w kierunku miasta Ho Chi Minh, dawnego Sajgonu. Tutaj miałem ugadane dwie miejscówki z couchsurfingu. Po kilku godzinach spędzonych w tym mieście już wiedziałem skąd ta nazwa Sajgon, pasuje idealnie. Istny harmider, ale w pozytywnym słowa znaczeniu. Ilość skuterów i ludzi dosłownie przytłacza. Zwłaszcza na światłach jak zapali się zielone światło, to rusza ich cała armia. Nie wiem, dlaczego, ale od pierwszego dnia polubiłem te miasto, wręcz się w nim zakochałem.
Przyznam się, że od zawsze kręcił mnie temat wojny w Wietnamie, nie byłem jakimś wielkim fanatykiem historycznym, ale fajnie było oglądnąć film czy zagrać w grę o tej tematyce. Więc udałem się do muzeum wojny w Sajgonie. Będąc w tym muzeum można dostać szoku, jakie zło może wyrządzić jeden człowiek drugiemu. Wszystkie te zdjęcia, zwłaszcza rodzin i małych dzieci, makabra. Także dowiemy się, ile broni chemicznej używali amerykanie podczas tego konfliktu, oraz jakie były tego później skutki. Według informacji podanych w muzeum wojna trwała 17 lat i 2 miesiące. Ogólnie wszystkie statystki, jakie tam podają są szokujące. Warto odwiedzić te miejsce.
Bilet 15.000 dongów.
![]() |
| Dawid |
![]() |
| typowy polski obiad, gotowane ziemniaki, surówka oraz mielone |
W Sajgonie zatrzymałem się u Dawida z CS, który także jest w trakcie swojej podróży. Ale aktualnie zakotwiczył w coś jakby akademiku. Wielki dom z wieloma pokojami, oraz osobami najróżniejszych narodowości. W tym także Polak i Ukraińcy, ekipa kapitalna. Dawid mieszka tu dobre parę miesięcy, więc siedliśmy na jego motor i slalomem pomiędzy skuterami ruszyliśmy w miasto. Nie wiem ile komarów nałapałem pomiędzy zębami poprzez radochę, jaką miałem podczas jazdy. Tego dnia także obchodziłem okrągłe pół roku w trasie, więc nocka była zapijana whisky.
![]() |
| przygotowanie żab - obcięcie głowy nożyczkami |
![]() |
| mój laptop na stole operacyjnym |
Laptop po wyschnięciu działał! Tak czasami naprawdę sądzę, że jestem w czepku urodzony. Ale posiadał jeden defekt, nie działało podświetlanie matrycy. Dawid dał mi namiary na sklep komputerowy, z którego skierowali mnie do fachowego elektronika. Zaniosłem mu laptopa, a następnego dnia był do odbioru. Jako, iż zaraz rozeszła się wieść, że podróżuję rowerem, to za wykonaną pracę elektronik nie chciał ani donga, prezent dla mnie i pomoc w podróży. Ale, że sam pracowałem, jako serwisant, to wiem, że coś trzeba zawsze dać. W końcu chłop poświęcił swój cenny czas, gdzie mógłby leżeć brzuchem do góry i się relaksować. Więc udałem się na market i zakupiłem konkretnego whiskacza oraz podarowałem mu jeden z moich już ostatnich znaczków wyprawowych. Obydwoje byliśmy ucieszeni. A awarią okazały się upalone 2 bezpieczniki i jeden chip przy układzie sterującym od matrycy.
![]() |
| spotkanie "po fachu", informatycy oraz elektronicy |
Tak się składało, że sprzedawca ze sklepu komputerowego i elektronik byli braćmi. Zafascynowani moją wyprawą. Chcieli, abym wyskoczył z nimi na miasto zjeść. Wybór padł na lokal Quan Oc Keo. Specjalizowali się w owocach morza, których nie cierpię. Próbowałem kilka razy i nie bardzo mi smakują, śmierdzą i mają smak mułu. Ale te tutaj… ostrygi, małże, ośmiornice, kraby, krewetki i wiele innych po prostu niebo w gębie. Kapitalne!















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz