 |
Hoi Van Pass
|
Po dotarciu do Hoi An kierowałem się w kierunku Hue. Wiem ominąłem ciekawe miejsca jak pass górski biegnący drogą numer 14 oraz miasto Dalat, ale wszystkiego nie mogłem zobaczyć. Za to zależało mi na Hoi Van Pass przy morzu, było niesamowicie.
 |
| tam na górze była baza wojskowa |
 |
| tędy przebiegał szlak Ho Chi Mincha |
 |
| sensory ruchu |
 |
| łuski po altylerii |
 |
| tunele cywilne |
 |
| a tutaj w krzakach jest wrak czołgu... |
I trafiłem go miasta Hue, byłej stolicy Wietnamu. Ani nie mogłem przedłużyć wizy, ani sklepu rowerowego, dosłownie nic. Zależało mi za to na innej sprawie. Zobaczyć DMZ, czyli wietnamską strefę zdemilitaryzowaną. Należały do niej bazy wojskowe, szlak Ho Chi Minha, cywilne tunele, "biedna wioska" i inne atrakcje. Ogólnie dobrze, że wziąłem tą wycieczkę, zapłaciłem 17$ za cały dzień. Gdybym chciał objechać to wszystko rowerem, to nie zajęłoby mi jednego dnia, lecz ze 4 i na dodatek po górach. Pomijam fakt, że przewodniczka była beznadziejna, widać, że robi to już kupę czasu i jest strasznie znudzona tą pracą. W efekcie nie dało się zrozumieć znudzonego bełkotu. Dwa, same atrakcje DMZ były hmm nie warte tego całego jeżdżenia. Trzeba było zrobić kilkaset km, aby zobaczyć pomnik, który informował, że w tym miejscu przebiegał szlak przemytniczy wykorzystywany podczas wojny. Albo zatrzymaliśmy się na poboczu drogi i powiedziano nam, że tam w oddali, widać górę, tam była baza wojskowa. Także zatrzymaliśmy się w wiosce obok starych chatek, których pełno w całym Wietnamie i słuchaliśmy, jacy biedni ludzie tutaj mieszkają. A najbardziej zawiodłem się na słynnej bazie wojskowej Khe Sanh. Słynna wielka baza, a na miejscu było tyle pojazdów, że można zliczyć na jednej dłoni. Jedyny punkt, który ratował tą wycieczkę, to cywilne tunele Vinh Moc pozostałe z wojny.



 |
| uliczny fryzjer |
W tym miejscu zaczynał się północny Wietnam. Odczułem to od razu. Mentalność ludzi, ceny, oraz oszustwa i naciągacze. Na południu było wspaniale, ludzie sympatyczni, nie byli głośni, nie kantowali, a ceny niskie, północ to kompletne przeciwieństwo. W południu się zakochałem, chciałem już szukać tam pracy i zostać na dłużej, ale przypomniało mi się, że celem były Filipiny, wiec trzeba dokończyć, co się zaczęło. Natomiast północ znienawidziłem. Wiąże się to pewnie z tym, że na północy znajdują się największe turystyczne atrakcje Wietnamu. Ale po kolei.
 |
| smażone banany obtoczone w cieście |
 |
| plantacja smoczych owoców |
 |
| wietnamski tytoń |
 |
| COM CHAY - kuchnia wegetariańska, oczywiście z ryżem |
 |
| szczególnie na południu Wietnamu bardzo popularne są kafejki z hamakami |
 |
| cmentarz w ogródku |
Tak, więc jestem w Hue, gdzie w ogóle nie mogłem się odnaleźć, nie mogłem przedłużyć także wizy, a dni zostało mi niewiele, więc kolejny autobus. Hue – Hanoi. Tak prosto do stolicy. Przymknę oko na to, że mój rower wynieśli na dach, ponieważ w bagażnik musieli spakować skrzynie z rybami. Ale ten autobus był mega. Większe kozetki, jeszcze wpakowałem się na sam tył to miałem 4 tylko dla siebie, niczym król. Mało tego, całą drogę było wifi. Nie był to demon prędkości, ale popisać można było.
 |
| bazar w Sajgonie |
Po 20h dojechałem do Hanoi, stolicy Wietnamu. Zaledwie po kilku kilometrach przejechanych przez miasto, potrącił mnie taksówkarz. Nic wielkiego się nie stało, ponieważ zwalniałem szykując się do skrętu w lewo, a ten debil jechał prosto. Zamiast wyminąć mnie z prawej, to zatoczył łuk z lewej i uderzył prosto w moje przednie koło. Nawet się nie zatrzymał, a jak zobaczył w lusterku, że wstałem, to jeszcze dodał gazu. Sakwy i torba poobdzierane i lewy sandał mi się rozerwał, więc skleiłem go taśmą i musiałem kupić nowe. Co do sandałów. Gdy sprzedawczyni w obuwniczym zobaczyła mnie z rozwalonym sandałem, zgadnijcie, co zrobiła? Oczywiście cena 200% w górę, bo musiałem kupić te sandały. Targowałem się dobre 5min. Za gówniane chińskie sandały z pierwszą ceną wyskoczyła 100zł, udało się ubić cenę do 45zł. Gdzie i tak Wietnamczyk zapłaciłby pewnie 40% mojej ceny.
 |
| ratowanie opony |
 |
| z Chanem z Chin |
 |
| i jego oryginalny rowerek |
Do granicy nie było już daleko, wiec postanowiłem, że trzeba się sprężyć i dojechać do Laosu bez przedłużenia wietnamskiej wizy. Więc kolejnym etapem na mojej drodze była zatoka Ha Long Bay. Oczywiście, aby popływać pomiędzy tysiącami wysp najpierw trzeba zdobyć łódź. Czytałem na necie o cenach i za 2 dniowy kurs z nocką na łodzi było 120$. Hmm drogo, ale być i nie zobaczyć! Po zakupie sandałów udałem się do dormu, aby się nieco ogarnąć po 20 godzinnej jeździe autobusem. Tak się złożyło, ze w dormie także oferowali wycieczki i taka sama była za 70$. Od razu przelicznik w głowie, 50$ taniej, cholera trzeba brać. Ale na szczęście emocje szybko opadły, odżył rozsądek. Chłopie jesteś w Azji, tu nie ma okazji od tak, najpierw trzeba ją wytargować. Więc ruszyłem na miasto, po agencjach, aby zorientować się, jakie oni mają ceny. Finał był taki, że kupiłem za 55$. Jak zrobiłem później rozeznanie na łodzi, to osoba następna po mnie zapłaciła 75$.
 |
| ręcznie wyszywane obrazy |
 |
| transport łódką na główną łódź |
 |
| z jedzeniem i piciem naprawdę było skromnie |
Następnego dnia o 7 rano zabrali mnie autobusem spod dormu i udaliśmy się po kolejne 18 osób. Następnie z Hanoi jechaliśmy do zatoki, 150km autobusem jedynie 4h plus 30 min na przerwę w standardowym miejscu z cenami z kosmosu. Dojechaliśmy. Teraz czekanie na bilety, łódź. W praktyce po godzinie 14 dopiero wsiedliśmy na łódź. Najpierw popłynęliśmy do jaskini.
Wykupiłem wersję można powiedzieć 3 gwiazdkową. Nie była to najtańsza opcja z karaluchami, ani full serwis z masą jedzenia. Tak i co do jedzenia, było dobre, ładnie udekorowane, ale ilościowo nie za wiele. Popływaliśmy pomiędzy wyspami i mieliśmy czas na relaks i podziwianie widoków. Nie mówię, że zatoka nie zrobiło na mnie wrażenia, ale oczekiwałem czegoś naprawdę łał, że będę musiał szukać szczęki po całym pokładzie. Niestety tak nie było. Było ładnie i tyle. Na dodatek następnego dnia godzina 11 już wypad z łodzi. Tak wykupiłem 2 dni a nawet nie spędziłem 24h na pokładzie.
 |
| polska część załogi |
 |
| w programie było także pływanie kajakiem pomiędzy wysepkami |
 |
| oraz lekcja kręcenia sajgonek |
Może jestem typowym polaczkiem, co lubi ponarzekać, ale po wycieczce DMZ i tym rejsie już wiem. Nigdy więcej wycieczek z agencji. Jak widzę ten brak organizacji i wynikające z tego wieczne problemy w połączeniu z wietnamską zdolnością do oszukiwania, po prostu podziękuję. Lepszym wyjściem jest zapakować się w autobus i pojechać do zatoki na własną rękę, złapać jakiegoś lokalnego gościa z łódką, zapłacimy mu 20$. Obie strony będą zadowolone.
 |
| pieczony pies, jeszcze ciepły :) |
Po rejsie postanowiłem zostać jeden dzień dłużej w stolicy. Z poznanymi Polakami z rejsu wybraliśmy się razem na miasto w poszukiwaniu atrakcji. Pierwszą z nich był grillowany pies. Tak, chciałem spróbować mięsa z psa. Zemsta za te wszystkie akcje, jakie pchlarze zgotowały mi podczas wyprawy. Trochę popytaliśmy ludzi i praktycznie bez problemu znaleźliśmy ulicę z grillowanymi psami. Chciałem jedynie spróbować, a nie się najeść i przyznam, że smakuje jak wieprzowina, ale trochę bardziej gumowate.
C.d.n.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz