sobota, 23 maja 2015

#51 Słowacja



© Jacek Łukasik
Do Słowacji dojechaliśmy ścieżką rowerową EURO 6, która prowadzi wzdłuż Dunaju. 

© Damian Dukiewicz

© Jacek Łukasik
Nocleg postanowiliśmy zrobić pod miastem, aby od samego rana zacząć zwiedzanie.

© Jacek Łukasik

© Jacek Łukasik
Bratysława stolica Słowacji, bardzo ładne miasto. 
Stare budownictwo, piękne kamienice, wąskie kręte uliczki. Pokręciliśmy się trochę po mieście, w celu poszukiwania atrakcji


© Damian Dukiewicz
Bardzo charakterystyczne dla słowackiej kultury są materiałowe lalki, oraz malowidła umiejscowione w najróżniejszych miejscach, nawet w toaletach. Także Słowaczki są bardzo piękne, tak jak i Polki ;) w przeciwieństwie do Austriaczek, które urodę mają zbliżoną do Niemek. 


© Damian Dukiewicz

Udaliśmy się do restauracji, aby zjeść tradycyjny Słowacki posiłek.
Zupa czosnkowa podana w chlebie udekorowana bitą śmietana, bardzo smaczne, super doprawiona. Polecam.
W restauracji przesiedzieliśmy 4 godziny, aby naskrobać tekst, oraz obrobić zdjęcia na blog. Po tak długim pobycie obsługa, już krzywo na nas spoglądała.

Nie wiem, dlaczego, ale akurat tego dnia dotarło do mnie, że rok w podróży to na prawdę długo. Zwłaszcza że nie każdego dnia można się wykąpać, czasami mocniej zaburczy w brzuchu, a o porannej herbatce, bądź kawce można zapomnieć. Kontakt z rodziną i znajomymi jest ograniczony prawie do zera. Cała lista wyrzeczeń za to, aby zobaczyć skrawek świata i poznać życie, które odbiega naszym standardom.

Myślę, że i tak warto. Jak na razie przez te 2 tygodnie nic nie było na tyle ekscytujące, aby zwaliło mnie z nóg. Podczas pierwszej wyprawy najlepszych chwilę nie były u celu mojej wyprawy, czyli w Chorwacji, ani w Wenecji, lecz podczas powrotu. Włoskie Alpy, coś niesamowitego, na pewno tam jeszcze wrócę. Ale teraz czekam tylko, aż opuścimy Europę. Wtedy dopiero zacznie się przygoda, inna kultura, inni ludzie, całkiem inny świat.   


© Damian Dukiewicz
Opuszczając Bratysławę, nieco się zagubiliśmy w mięcie, ze względu na remonty dróg, oraz budowę mostu. Ale jeden z rowerzystów wyprowadził nas z powrotem na ścieżkę rowerową EURO 6.

© Damian Dukiewicz

Z rana udaliśmy się od razu do najbliższej wioski, aby kupić coś na śniadanie.

© Damian Dukiewicz
© Damian Dukiewicz
Po drodze mijaliśmy nazwy ulic w języku Węgierskim, doszliśmy do wniosku, że mieszka tu mniejszość węgierska. Weszliśmy do sklepu i pakujemy produkty do koszyka, ale spoglądając na cenę produktu coś mi nie grało. Za dużo zer i jeszcze na dodatek na końcu Ft. 

 
© Jacek Łukasik
Co jest grane, przecież na Słowacji mają euro. Zagadaliśmy do dwóch kolesi obok i pytamy się gdzie jesteśmy, w jakim państwie?? Okazało się że, nie jesteśmy już w Słowacji, lecz na Węgrzech. Nawet nie wiedzieliśmy, kiedy przekroczyliśmy granice, uroku Unii europejskiej. Po dłuższej chwili namysłu, zorientowaliśmy się jak doszło do tej sytuacji. W Bratysławie rowerzysta, który nam pokazywał drogę, wyprowadził nas na prawy brzeg Dunaju. Jadąc wzdłuż niego wyjechaliśmy do Madziarów. A, że Węgry mieliśmy zaplanowane na później, to przepłynęliśmy promem z powrotem na lewą stronę Dunaju.
© Damian Dukiewicz

© Damian Dukiewicz

Po odbiciu na ląd weszliśmy do przydrożnej knajpy, aby coś zjeść i wysłać kolejne materiały. Pod knajpą zaczepił nas kolarz. Jako, że mówił po rosyjsku to Jacek z nim rozmawiał. Jak dowiedział się o planach naszej podróży, to podarował nam kilka euro w ramach sponsoringu i życzył udanej drogi. 

© Damian Dukiewicz
Jacek jak to Jacek, zawsze musi urozmaicić sobie życie ciekawą przygodą. Jak nie szarpanina z szefem stacji benzynowej, kłótnie z kierowcami aut, to teraz wywrotka roweru i uszkodzenie sprzętu, nie może być za łatwo.

© Jacek Łukasik
W miejscowości Komarno, między wiaduktem a osiedlem bloków, natrafiliśmy na stary żydowski cmentarz.

© Damian Dukiewicz

W Słowacji popularnym napojem jest Kofola. Dosłownie wszędzie ją sprzedają, podają i reklamują. Kupiłem na spróbowanie i przyznam, że... beznadziejna, nie dałem rady wszystkiego wypić, resztę wylałem. Smakowało dosłownie jak cola z biedronki rozcieńczona woda, ohyda. A tutaj dosłownie zachwycają się nią.


© Damian Dukiewicz

Właśnie na Słowacji wybił tysięczny kilometr. Przybył bez większego zmęczenia i emocji. Jeszcze nie ma zabójczy górskich podjazdów :) Po prostu pierwsza część długiej wyprawy za nami. Rowery także spisują się elegancko, wszystko śmiga bez problemu. Gorzej z ciuchami, namiotem, śpiwór oraz mata, które wiecznie są wilgotne. Na szczęście deszcze unikają nas szerokim łukiem, ale podczas zimnych nocy, skondensowana woda robi swoje.

© Jacek Łukasik

Baliśmy się o znalezienie bezpiecznego noclegu nad Dunajem, tak jest to codzienny wieczorny stres. Gdzie można rozbić namiot, aby nikt nas nie znalazł. Podstawowa zasada, unikać ludzi. To oni sprawiają najwięcej problemów. Zwierzę jak wyczuje człowieka, to odejdzie, a człowiek, na dodatek pijany to murowany problem. Znaleźliśmy miejsce nad samym brzegiem Dunaju, niczym na tropikalnej wyspie, z małą różnica nie było palm a zwykle drzewa liściaste.


© Damian Dukiewicz

Jazdę zakończyliśmy dość wcześnie, aby nieco się ogarnąć, zrobić pranie i wypocząć.
 

© Damian Dukiewicz
Jeszcze w mieście postanowiliśmy, że usmażymy karkówkę, więc po drodze rozglądałem się za odpowiednim kamieniem, płaski w miarę równy i dość duży powierzchniowo. Właśnie taki idealnie może zastąpić patelnie w terenie. Kamień znaleziony (wiozłem go z 2 km, a na miejscu znalazłem o wiele lepszy).  



© Jacek Łukasik

Miejscówka wybrana, to wzięliśmy się za rozwijanie obozu, kąpiel w Dunaju, oraz pranie ciuchów. Miejsce idealne, mógłbym zostać tu dłużej, ale Filipiny wzywają. A taki przyjemny nocleg za szybko pewnie się nie pojawi...  


2 komentarze:

  1. 15 maja 2015 , 4teen, Uczniowska Agencja Reklamowa spotkała uczestników wyprawy w Budapeszcie. Pozdrawiamy i życzymy szerokiej drogi. Zdjęcie ze spotkania na naszym Facebooku. https://www.facebook.com/groups/1567367063485159/

    OdpowiedzUsuń